środa, 25 listopada 2015

***



Tak bardzo pozostali sami,
tak bardzo bez jednego słowa
i w takiej niemiłości, że cudu są godni ?
gromu z wysokiej chmury, obrócenia w kamień.

Dwa miliony nakładu greckiej mitologii,
ale nie ma ratunku dla niego i dla niej.

Gdyby ktoś chociaż stanął w drzwiach,
cokolwiek, choć na chwilę, zjawiło się i znikło,?
pocieszne, smutne, zewsząd i znikąd,
budzące śmiech albo strach.

Ale nic się nie zdarzy. Żadne, samo z siebie,
nieprawdopodobieństwo.
Jak w mieszczańskiej dramie
będzie to prawidłowe do końca rozstanie,
nie uświetnione nawet dziurą w niebie.

Na ściany niezachwianym tle,
żałośni jedno dla drugiego,
stoją naprzeciw lustra, gdzie
nic prócz odbicia dorzecznego.

Nic prócz odbicia dwojga osób.
Materia ma się na baczności.
Jak długa i szeroka i wysoka,
na ziemi i na niebie i po bokach
pilnuje przyrodzonych losów
- jak gdyby sarenki nagłej w tym pokoju
musiało runąć Uniwersum.

środa, 7 października 2015

***



Boże mój zmiłuj się nade mną
czemu stworzyłeś mnie na niepodobieństwo
twardych kamieni

Pełna jestem twoich tajemnic
wodę zamieniam w wino pragnienia
wino – zamieniam w płomień krwi.
Boże mojego bólu
atłasowym oddechem wymość
puste gniazdo mojego serca
Lekko – żeby nie pognieść skrzydeł
tchnij we mnie ptaka
o głosie srebrnym z tkliwości.

Halina Poświatowska

wtorek, 23 czerwca 2015

Sadza

Sadza
Sadza przecieka każdą szparą,
Co dzień ją z okien trzeba zbierać,
Codziennie z koszul pilnie spierać
I z twarzy ścierać niby starość.
Te okna czarne, malowane
Na kolorowo – wciąż od nowa.
Koszule do siności sprane,
Ciała czyściejsze niż choroba.
Czasem gdy pył ten pod powieki
Wpadnie i łzy przemocą ciekną,
Okiem stężałym i kalekim
Patrzysz, jak gdybyś poznał piękno…
Ernest Bryll

Przypomnienie

Kiedy dla śmiertelników ucichną dnia gwary,
I noc, wpółprzejrzystą szatę
Rozciągając nad głuchej stolicy obszary,
Spuszcza sen, trudów zapłatę:
Wtenczas mnie samotnemu rozmyślań godziny
W ciszy leniwo się wleką,
Wtenczas mnie ukąszenia serdecznej gadziny
Bezczynnemu srożej pieką.
Mary wrą w myśli, którą tęsknota przytłacza,
I trosk oblegają roje;
Wtenczas i Przypomnienie w milczeniu roztacza
Przede mną swe długie zwoje.
Ze wstrętem i z przestrachem czytam własne dzieje,
Sam na siebie pomsty wzywam
I serdecznie żałuję, i gorzkie łzy leję,
Lecz smutnych rysów nie zmywam.
Aleksander Puszkin
tłum. Adam Mickiewicz

* * * (Cóż tobie imię moje...)

Cóż tobie imię moje powie? 
Umrze jak smutny poszum fali,
Co pluśnie w brzeg i zmilknie w dali, 
jak nocą głuchą dźwięk w dąbrowie,
Skreślone w twoim imienniku,
Zostawi martwy ślad, podobny
Do hieroglifów płyt nagrobnych
W niezrozumiałym języku.
Cóż po nim? Pamięć jego zgłuszy
Wir wzruszeń nowych i burzliwych
I już nie wskrzesi w twojej duszy
Uczuć niewinnych, wspomnień tkliwych.
Lecz gdy ci będzie smutno - wspomnij,
Wymów je szeptem jak niczyje
I powiedz: ktoś pamięta o mnie,
Jest w świecie serce, w którym żyję.
Aleksander Puszkin

Nieprzysiadalność

no, proszę sobie wyobrazić...
marzec albo kwiecień...
hm... raczej marzec.
wieczór...
spotykam j.p.
jest pijany jak świnia
a ja jestem trzeźwy
jak świnia
idziemy na kawę
on - między morzem wódki, a powrotem do domu
ja - pomiędzy kłótnią z jedną kobietą,
a rozmową z drugą, która być może także się przerodzi w kłótnię
siedzimy więc w knajpie
choćbym się nawet bardzo skupił
nie pamiętam w jakiej
on między wódką a powrotem do domu,
ja pomiędzy kłótnią...
i nagle on, wskazując mi jakieś dwie
siedzące przy sąsiednim stoliku
proponuje byśmy się do tych dwóch przysiedli
a ja mówię
daj mi spokój
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
pomiędzy kłótnią z jedną kobietą,
a rozmową z drugą, która być może także się przerodzi w kłótnię
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
więc rezygnuje
siedzimy w tej knajpie
i rozmawiamy o czymś
o literaturze
być może nawet o kobietach
on się trzyma nieźle,
chociaż jest pijany jak świnia
ja się nieźle trzymam,
chociaż jak świnia trzeźwy jestem
deszcz zaczyna padać
i nagle on, wskazując znowu te dwie
mówi
zobacz, to się nieźle składa
ich dwie, i nas dwóch
dosiądźmy się do nich
a ja mówię
daj mi spokój
nie mam ochoty
jestem dziś w nastroju
nieprzysiadalnym
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
pomiędzy kłótnią z jedną kobietą
a rozmową z drugą
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
tak się czasami zdarza
że jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
tak się zdarza zazwyczaj
że jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
siedzę sam przy stoliku
i nie mam ochoty
dosiąść się do was
choć na mnie kiwacie
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
ja proszę pana to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
spierdalaj gnoju!
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
Marcin Świetlicki

Gra w klasy

Wszystko się powtarza. Dopasowujemy się do zużytych formułek, uczymy się jak idioci już dawno wykutych ról.

Biedna miłość która musi karmić się myśleniem.

Gra w klasy

Jesienna sonata

"Trzeba nauczyć się żyć. Ćwiczę to codziennie. Największym problemem jest to, że nie wiem, kim jestem. Błądzę po omacku. Jeśli ktoś pokocha mnie taką jaka jestem możliwe, że wreszcie odważę się przyjrzeć sobie. Jednak w moim przypadku ta możliwość wydaje się dość odległa."
Ingmar Bergman, "Jesienna sonata"

Jak w zwierciadle

-Tato...Boję się, tato! Gdy siedziałem we wraku, trzymając Karin, rzeczywistość nagle rozsypała się. Rozumiesz, co mam na myśli?
- Rozumiem.
- Rzeczywistość rozpadła się, a ja wypadłem na zewnątrz.To jak sen...Wszystko może się zdarzyć.Wszystko!
- Wiem.
- Nie mogę żyć w tym nowym świecie.
- Możesz. Ale potrzebne ci coś czego mógłbyś się trzymać.
- Co miałoby to być - Bóg? Daj mi jakiś dowód na jego istnienie! Nie możesz.
- Mogę. Ale musisz mnie uważnie słuchać.
- Tak, potrzebuję słuchać.
- Mogę ci tylko dać zaczątek mojej własnej nadziei.To wiedza, że miłość istnieje jako coś rzeczywistego w życiu ludzi.
- I pewnie chodzi o jakiś szczególny rodzaj miłości?
- O każdy rodzaj. O najwyższą, najmniejszą, najbardziej śmieszną, najpiękniejszą. O każdy rodzaj.
- O tęsknotę za miłością?
- Tęsknotę i negację. O niewiarę i ufność.
- Więc miłość miałaby być dowodem?
- Nie wiem czy miłość jest dowodem na istnienie Boga, czy samy Bogiem.
- Dla ciebie miłość i Bóg to to samo?
- Uczepiony tej myśli odpoczywam z bagażem mojej pustki i brudnej nadziei.
- Mów dalej, tato!
- Nagle pustka zamienia się w bogactwo - a beznadzieja w życie.To jak ułaskawienie, Minus...od kary śmierci.
- Tato... jeśli jest tak jak mówisz - to Karin powinna być pod opieką Boga, ponieważ my ją kochamy. Czy to może jej pomóc?
- Sądzę, że tak.
- Tato?
- Nie będzie ci przykro, jeśli pójdę sobie gdzieś na chwilę?- Idź. A ja zrobię obiad.
- Zobaczymy się za godzinę.
- Tata ze mną rozmawiał.
Ingmar Bergman, "Jak w zwierciadle"

Sobota

Boże jaki miły wieczór 
tyle wódki tyle piwa
a potem plątanina 
w kulisach tego raju
między pluszową kotarą
a kuchnią za kratą
czułem jak wyzwalam się
od zbędnego nadmiaru energii
w którą wyposażyła mnie młodość
możliwe
że mógłbym użyć jej inaczej
np. napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek
ale
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
Andrzej Bursa