wtorek, 23 czerwca 2015

Sadza

Sadza
Sadza przecieka każdą szparą,
Co dzień ją z okien trzeba zbierać,
Codziennie z koszul pilnie spierać
I z twarzy ścierać niby starość.
Te okna czarne, malowane
Na kolorowo – wciąż od nowa.
Koszule do siności sprane,
Ciała czyściejsze niż choroba.
Czasem gdy pył ten pod powieki
Wpadnie i łzy przemocą ciekną,
Okiem stężałym i kalekim
Patrzysz, jak gdybyś poznał piękno…
Ernest Bryll

Przypomnienie

Kiedy dla śmiertelników ucichną dnia gwary,
I noc, wpółprzejrzystą szatę
Rozciągając nad głuchej stolicy obszary,
Spuszcza sen, trudów zapłatę:
Wtenczas mnie samotnemu rozmyślań godziny
W ciszy leniwo się wleką,
Wtenczas mnie ukąszenia serdecznej gadziny
Bezczynnemu srożej pieką.
Mary wrą w myśli, którą tęsknota przytłacza,
I trosk oblegają roje;
Wtenczas i Przypomnienie w milczeniu roztacza
Przede mną swe długie zwoje.
Ze wstrętem i z przestrachem czytam własne dzieje,
Sam na siebie pomsty wzywam
I serdecznie żałuję, i gorzkie łzy leję,
Lecz smutnych rysów nie zmywam.
Aleksander Puszkin
tłum. Adam Mickiewicz

* * * (Cóż tobie imię moje...)

Cóż tobie imię moje powie? 
Umrze jak smutny poszum fali,
Co pluśnie w brzeg i zmilknie w dali, 
jak nocą głuchą dźwięk w dąbrowie,
Skreślone w twoim imienniku,
Zostawi martwy ślad, podobny
Do hieroglifów płyt nagrobnych
W niezrozumiałym języku.
Cóż po nim? Pamięć jego zgłuszy
Wir wzruszeń nowych i burzliwych
I już nie wskrzesi w twojej duszy
Uczuć niewinnych, wspomnień tkliwych.
Lecz gdy ci będzie smutno - wspomnij,
Wymów je szeptem jak niczyje
I powiedz: ktoś pamięta o mnie,
Jest w świecie serce, w którym żyję.
Aleksander Puszkin

Nieprzysiadalność

no, proszę sobie wyobrazić...
marzec albo kwiecień...
hm... raczej marzec.
wieczór...
spotykam j.p.
jest pijany jak świnia
a ja jestem trzeźwy
jak świnia
idziemy na kawę
on - między morzem wódki, a powrotem do domu
ja - pomiędzy kłótnią z jedną kobietą,
a rozmową z drugą, która być może także się przerodzi w kłótnię
siedzimy więc w knajpie
choćbym się nawet bardzo skupił
nie pamiętam w jakiej
on między wódką a powrotem do domu,
ja pomiędzy kłótnią...
i nagle on, wskazując mi jakieś dwie
siedzące przy sąsiednim stoliku
proponuje byśmy się do tych dwóch przysiedli
a ja mówię
daj mi spokój
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
pomiędzy kłótnią z jedną kobietą,
a rozmową z drugą, która być może także się przerodzi w kłótnię
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
więc rezygnuje
siedzimy w tej knajpie
i rozmawiamy o czymś
o literaturze
być może nawet o kobietach
on się trzyma nieźle,
chociaż jest pijany jak świnia
ja się nieźle trzymam,
chociaż jak świnia trzeźwy jestem
deszcz zaczyna padać
i nagle on, wskazując znowu te dwie
mówi
zobacz, to się nieźle składa
ich dwie, i nas dwóch
dosiądźmy się do nich
a ja mówię
daj mi spokój
nie mam ochoty
jestem dziś w nastroju
nieprzysiadalnym
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
pomiędzy kłótnią z jedną kobietą
a rozmową z drugą
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
tak się czasami zdarza
że jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
tak się zdarza zazwyczaj
że jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
siedzę sam przy stoliku
i nie mam ochoty
dosiąść się do was
choć na mnie kiwacie
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
ja proszę pana to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
spierdalaj gnoju!
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
Marcin Świetlicki

Gra w klasy

Wszystko się powtarza. Dopasowujemy się do zużytych formułek, uczymy się jak idioci już dawno wykutych ról.

Biedna miłość która musi karmić się myśleniem.

Gra w klasy

Jesienna sonata

"Trzeba nauczyć się żyć. Ćwiczę to codziennie. Największym problemem jest to, że nie wiem, kim jestem. Błądzę po omacku. Jeśli ktoś pokocha mnie taką jaka jestem możliwe, że wreszcie odważę się przyjrzeć sobie. Jednak w moim przypadku ta możliwość wydaje się dość odległa."
Ingmar Bergman, "Jesienna sonata"

Jak w zwierciadle

-Tato...Boję się, tato! Gdy siedziałem we wraku, trzymając Karin, rzeczywistość nagle rozsypała się. Rozumiesz, co mam na myśli?
- Rozumiem.
- Rzeczywistość rozpadła się, a ja wypadłem na zewnątrz.To jak sen...Wszystko może się zdarzyć.Wszystko!
- Wiem.
- Nie mogę żyć w tym nowym świecie.
- Możesz. Ale potrzebne ci coś czego mógłbyś się trzymać.
- Co miałoby to być - Bóg? Daj mi jakiś dowód na jego istnienie! Nie możesz.
- Mogę. Ale musisz mnie uważnie słuchać.
- Tak, potrzebuję słuchać.
- Mogę ci tylko dać zaczątek mojej własnej nadziei.To wiedza, że miłość istnieje jako coś rzeczywistego w życiu ludzi.
- I pewnie chodzi o jakiś szczególny rodzaj miłości?
- O każdy rodzaj. O najwyższą, najmniejszą, najbardziej śmieszną, najpiękniejszą. O każdy rodzaj.
- O tęsknotę za miłością?
- Tęsknotę i negację. O niewiarę i ufność.
- Więc miłość miałaby być dowodem?
- Nie wiem czy miłość jest dowodem na istnienie Boga, czy samy Bogiem.
- Dla ciebie miłość i Bóg to to samo?
- Uczepiony tej myśli odpoczywam z bagażem mojej pustki i brudnej nadziei.
- Mów dalej, tato!
- Nagle pustka zamienia się w bogactwo - a beznadzieja w życie.To jak ułaskawienie, Minus...od kary śmierci.
- Tato... jeśli jest tak jak mówisz - to Karin powinna być pod opieką Boga, ponieważ my ją kochamy. Czy to może jej pomóc?
- Sądzę, że tak.
- Tato?
- Nie będzie ci przykro, jeśli pójdę sobie gdzieś na chwilę?- Idź. A ja zrobię obiad.
- Zobaczymy się za godzinę.
- Tata ze mną rozmawiał.
Ingmar Bergman, "Jak w zwierciadle"

Sobota

Boże jaki miły wieczór 
tyle wódki tyle piwa
a potem plątanina 
w kulisach tego raju
między pluszową kotarą
a kuchnią za kratą
czułem jak wyzwalam się
od zbędnego nadmiaru energii
w którą wyposażyła mnie młodość
możliwe
że mógłbym użyć jej inaczej
np. napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek
ale
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
Andrzej Bursa

Pokoje

(Fragment)
Piszę aby zapomnieć zapisuję moje kroki 
Aby zatrzeć po sobie ślady aby
Zagubić się i aby te wersy nie były
Niczym innym jak otwarciem ciszy
Nie usłyszeć więcej tego noża który od zawsze
We mnie pracuje
Serce
Wybaczcie mi że to wam mówię i sprawiam ból ale
Wiem to dobrze
Że cierpienie jest nie do wybaczenia
Ale to na was cierpię bolą mnie ludzie którzy
Nadejdą potem
Ale nie dlatego że tak jest lub będzie się tak wydawać
Bóg który nadejdzie kiedy już nie otworzę
Codziennej gazety z nieszczęściami z całego świata
Widzicie więc że jestem poraniony wszędzie
Już Nigdzie
Nie mam więcej miejsca na rany
Wybaczcie
Nikt nie znajdzie więcej pokojów Domy
Zostaną zburzone bo dzisiaj wiadomo
Jak wyburzać aby nie pozostał nawet ślad
Stopy
Nie tak jak było przed wiekami żaden sen
Faraonów lub geologicznych epok
Wnęka w której ktoś przeżył
O cudowny spokoju który nadejdziesz przychodź
Wielki śmiechu placu gdzie kiedyś żyłem
Wymiećcie zewsząd mój cień i moją słomę wymiećcie
Miłosierne wiatry wymiećcie
Mój oddech i moje słowo
Nie wybudujemy więcej cmentarzy
Nie będzie już więcej żałobnych śpiewów
To będzie koniec każdej barbarii
Och oby niebo było czyste i niewinne powyżej
Naszej nieobecności i naszego czasu
Nigdzie nie będzie zegara
I będzie pięknie
Pięknem tego piękna bez porównania
Gdzie nic nie jest kolorem a jedynie bielą
Płótna Pięknem
Tego piękna bez zmarszczki
I bez chmury Piękno
Z piękna ust ciemności
Dotknięte piękno bełkocącego kieliszka
Tak pięknie będzie umrzeć kiedy nadejdzie
Ten wieczór w końcu umrzeć wreszcie
Moja miłości na śmierć wreszcie wieczór nareszcie
Umrzeć
Wieczór zakwitających głogów na kresach zapachów
I nocy
Głęboki wieczór jak ziemia milknąca
Wieczór tak piękny że wierzyć będę aż do końca
Zasnąć snem z twoich ramion
W kraju bez nazwy bez snów i bez przebudzenia
To miejsce w nas w którym każda rzecz się rozpada
Louis Aragon, "Les chambres"

Przed szybą

Ten starzec
Który drepce Nowym Światem
Mówi
Byłem tobą
A ty
Będziesz mną
Hotel Bristol patrzy na mnie
Szklanym okiem
Pamięta jaki byłem gładki
Kiedy piłem tu kawę z mlekiem
A Krakowskim Przedmieściem
Płynęły lata 70 ubiegłego wieku
Teraz w szybie widzę siebie
Jakby mnie wyjęto
Psu z gardła
Dotykam szkła
Jest
I ja jestem
Coraz bardziej przezroczysty
Tomasz Jastrun

***

Sam na sam trzeba gadać z nocą, 
Szeleścić ciemnym świerków gąszczem,
Splątaną gałąź rozplątywać 
I szeptem odgadywać liście...
Głęboko schylić się nad wodą,
Rękami zróść się z wodorostem
I drzew ramiona beznadziejne
Dzielić i łączyć w plusku fali...
I w splocie czarnych słów i roślin,
W odbiciu gwiazd, w oprzędzie nocy
Ujrzeć swe rysy w lustrze wody:
Piękniejsze... zatarte...
Jarosław Iwaszkiewicz

Heban

Historia jest często produktem bezmyślności. Jest bękartem ludzkiej głupoty, płodem zaćmienia, idiotyzmu i szaleństwa. W takich wypadkach jest robiona przez ludzi, którzy nie wiedzą, co czynią, więcej – nie chcą wiedzieć, odrzucają taką ewentualność z odrazą i gniewem. Widzimy ich, jak zmierzają ku własnej zagładzie, jak sami szykują na siebie wnyki, jak zawiązują sobie pętlę, jak pilnie i wielokrotnie sprawdzają, czy te wnyki i pętle są mocne, czy będą wytrzymałe i skuteczne.
Ryszard Kapuściński , Heban

Mdłości

Ale dla mnie nie ma ani poniedziałku, ani niedzieli: są tylko dni popychające się w bezładzie.
Jean-Paul Sartre, Mdłości

***

Odszedłem tak daleko od siebie 
że już nie umiem nic powiedzieć
na swój temat 
ani co czuję
kiedy moknę na deszczu
ani kiedy zamieniam się
w źdźbło suchej trawy
wypalonej słońcem
nie umiem odnaleźć
samego siebie
opisać tej postaci
nazwać jej
zapewnić
że istnieje
Ryszard Kapuściński