czwartek, 23 kwietnia 2015

Nic

On jest nic
on się nie liczy jego nie ma
może tylko
marynarka
zbyt luźne spodnie
potworne czarne półbuty
mogą wzbudzić odrazę lub politowanie
ale twarz nieważna
ręce nieważne
nieważne oczy i usta
godzinami wyczekuje przed bramą
w nadziei
że znajdzie się po drugiej stronie
ale przecież on jest Nic
więc to wszystko jedno
po której stronie
niczego nie będzie
czytając gazetę
kurczy jak ślimak swoją znikomość
lub nadyma jak paw swoją nicość
mimo że gazety dotyczą rzeczy istniejących
a jego nie ma
mówi
lecz nikt go nie słyszy
dźwięk jego głosu jest nieważny dla ucha ludzkiego
bo on jest nica raczej jego nic nie ma
mimo że jada obiady
mimo spodni i półbutów
mimo że czasami
ma nawet dobry humor.
Andrzej Bursa
Było piękne słońce. Siedziałem na tarasie kawiarni, przyglądałem się czołgom miażdżącym rewoltę i zajadałem truskawkowe ciastko. Trudno wyobrazić sobie wspanialszą chwilę. Wszystko było po prostu doskonałe.
Slavoj Žižek

Pan Cogito na zadany temat: "Przyjaciele odchodzą"

1
Pan Cogito
szczycił się w młodości
niebywałym bogactwem
przyjaciół
jedni za górami
zamożni w talenty i dobra
inni
jak najwierniejszy Władysław
biedni jak mysz kościelna
ale wszyscy
co się zowie
przyjaciele
wspólne gusta
ideały
bliźniacze charaktery
i wówczas
w zamierzchłych czasach
szczęśliwej krwawej młodości
Pan Cogito
miał prawo sądzić
że list z czarną obwódką
donoszący o jego zgonie
dotknie ich
do żywego
przyjadą
z różnych stron
staromodni jak z kalendarza
ubrani
w sztywny smutek
pójdą
z nim
ścieżką
wysypaną kamieniami
pośród
cyprysów
bukszpanów
sosen
i rzucą na pryzmę
mokrego piasku
wiązankę kwiatów
2
z nieubłaganym
biegiem lat
liczba przyjaciół
topniała
odchodzili
parami
grupowo
pojedynczo
jedni bledli jak opłatek
tracili ziemskie wymiary
i gwałtownie
lub wolno
emigrowali
w błękity
inni
wybrali mapy
szybkiej nawigacji
wybrali bezpieczne porty
i odtąd
Pan Cogito
stracił ich
z pola widzenia
Pan Cogito
nie wini za to nikogo
zrozumiał że tak musi być
naturalna kolej rzeczy
(od siebie mógłby dodać
że zanik trwałych uczuć
surowa historia
konieczność jasnych wyborów
decydowały
o rozwodach przyjaźni)
Pan Cogito
nie sarka
nie narzeka
nie wini nikogo
zrobiło się trochę
pustawo
Ale za to jaśniej
3
Pan Cogito
pogodził się łatwo
z odejściem wielu przyjaciół
jakby to było
naturalne prawo
obumierania
zostało jeszcze kilkoro
sprawdzonych przez ogień i wodę
z tymi którzy odeszli
na zawsze
poza mury Cesarstwa Empirii
utrzymuje stosunki żywe
i niezmiernie dobre
stoją za jego plecami
obserwują go bacznie
bezwzględni ale życzliwi
gdyby ich zabrakło
Pan Cogito
spadłby
na dno
opuszczenia
stanowią jakby tło
i z tego żywego tła
Pan Cogito
wysuwa się o pół kroku
nie więcej niż pół kroku
w religii jest na to termin
obcowanie świętych
Pan Cogito
daleki od świętości
dotrzymuje kroku
nieruchomym
a oni są jak chór
na tle tego chóru
Pan Cogito
nuci
swoją arię
pożegnalną
Zbigniew Herbert

Po dwóch godzinach najtęższej pieszczoty...

Po dwóch godzinach najtęższej pieszczoty
Leżymy, oczy zatapiając w ciemność.
Sen łamie ręce i zawala mosty -
Miękkim sztyletem kroi nas na dwoje.
Więc ty odchodzisz w swój sen. Ja do siebie -
Ty małą matkę przytulasz do piersi -
A ja wciąż idę o wodzie i chlebie
W trudne krainy niemilknących wierszy.
Ledwo że oko skryjesz pod powieką,
Już jesteś obca - rzucona daleko...
Stanisław Grochowiak

Jestem niczyj...

Miałem ojca, miałem matkę,
Miałem braci, miałem siostrę,
Miałem też,
Miałem też przyjaciół trzech.
Było dobrze, było źle,
Ale zawsze jakoś było.
Potem ona się zjawiła,
Wszystko dla niej porzuciłem
I kochałem ją, kochałem,
Śmierci nic się nie lękałem,
Potem poszła, luty był,
Już nie żyje ten, co żył.
Nie mam ojca, nie mam matki,
Nie mam braci, nie mam siostry,
Nie mam też (szum wietrze, szum),
Nie mam też przyjaciół już.
Chodzę tu, chodzę tam,
W tłumie ludzi zawsze sam.
Nie mam już nic.
Nie mam już nic.
Ale też nikt mnie nie ma.
Nikt mnie nie ma.
Nikt mnie nie ma.
Nie ma mnie nikt.
Jestem niczyj.
Jestem niczyj.
Jestem niczyj.
Edward Stachura

Ból zasnął

Ból zasnął we mnie już z cicha,
Jak dziecię krzykiem zmęczone;
Łzy na dno duszy kielicha
Spływają niepostrzeżone.
Wszystkie żywota gorycze
Zamknąłem w sercu jak w grobie;
Niech drzemią w nim tajemnicze.
Nie mówiąc światu o sobie.
Lecz jeszcze męczarnia cudza
Łzę wydobywa spod powiek,
Do gorzkiej myśli pobudza
Przybity rozpaczą człowiek.
Jęk, który w ciemnościach słyszę,
Paląca nędzarzów skarga,
Jeszcze przerywa mi ciszę
I żalem pierś moją targa.
A nie tych żal mi najbardziej,
Co cierpią niezasłużenie:
Ci, jako rycerze twardzi,
Znieść mogą każde cierpienie:
Ci, chociaż los ich przygniata,
Chociaż nieszczęścia dłoń kruszy,
Mają współczucie od świata
I spokój własnej swej duszy.
Lecz żal mi tych, którym cięży
Poczucie spełnionej winy,
Co w sercu noszą kłąb węży
I cierpią z własnej przyczyny.
Adam Asnyk
Czy nigdy nie uderzyło Cię, że po jednych ludziach zostaje Ci nuda i właśnie jakby zakalec w głowie, a po innych Ci żwawiej i świat jakiś ciekawszy i godzien uwagi?

S. Mrożek

Ironia

Na każdym miejscu i o każdej dobie 
byłam i będę przy tobie:
każdą myśl twoją, każdą chęć twą truję, 
każdy twój poryw, każdy czyn twój psuję,
jestem twą klątwą, twą klęską żywota
i nic cię nigdy nie wyrwie z mej ręki;
niczym jest strata, ucisk i zgryzota
wobec straszliwej mej męki.
Cokolwiek czujesz, czegokolwiek żądasz,
wszędzie twarz moją oglądasz.
Miłość, braterstwo, poświęcenie, wiara,
szlachetne męstwo i czysta ofiara:
wszystko, co duszy zowie się wzniosłością,
ja moim strasznym naznaczam ci piętnem,
i co ci miało zdawać się Pięknością,
staje się brzydkiem i wstrętnem.
W własnej istocie twej od urodzenia
źródło mojego istnienia.
Bez żadnej winy ni za jaką karą
stałeś się moim łupem i ofiarą.
Niewinnie cierpisz, z Tajemniczej Woli,
z Woli, co rządzi losami człowieka;
wiesz, że cię z rąk mych śmierć kiedyś wyzwoli,
lecz nie wiesz, co za nią czeka?
Tak nawet z twojej godziny śmiertelnej
mój śmiech wyziera piekielny.
Jak zwierzę, węża czarowane wzrokiem,
nie możesz skryć się przed moim widokiem;
na duszy twojej leżę ciężkim głazem,
jak sztylet szpon mój w sercu ciebie boli:
bezskrzydłym ptakiem i skrzydlatym płazem
z mojej nazywasz się woli.
I sam dla siebie jesteś pośmiewiskiem,
losów już będąc igrzyskiem.
Najsroższą męką, jaka cię nawiedza,
jest twa świadomość, twoja samowiedza.
Znasz się, znasz los twój i wiesz, że bez winy
cierpisz z przekleństwa swego Przeznaczenia -
jestem przy tobie od pierwszej godziny
twego ziemskiego istnienia.
Kazimierz Przerwa-Tetmajer

W ciemności do siebie idziemy

W ciemność, nieznaną dokładnie nikomu
Wyszliśmy ze światełkiem wiary z naszych domów.
I tak chcieliśmy żeby się paliło
Żeby w nas było i biło i żyło.
Tak stulaliśmy je czule palcami, że zgasło.
I w ciemności zostaliśmy sami.
W ciemności do siebie idziemy,
Ja niema i ty niemy, i ręce wyciągamy
I znowu się mijamy.
W ciemności tak bolącej jak najjaskrawsze słońce
Z ustami pełnymi mrozu,
Z gardłem ściśniętym powrozem.
Tak wędrujemy latami,
Nieznani, nienazwani, ręce wyciągamy i ręce wyciągamy
Zanim się wreszcie spotkamy,
Dotkniemy palców palcami,
Jakbyśmy chwycili w dłonie po świeczce zapalonej.
Skąd to zmęczenie w nas każdego rana,
Jakby noc każda źle była przespana.
Skąd twarze takie szare, skąd oczy tak stare?
Czemu gonimy tacy zadyszani jakby nam się ta ziemia chwiała pod stopami?
I skąd to, że nie wiemy dokąd tak biegniemy?
Skąd ten krzyk: szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej.
Inaczej padniemy!
W ciemności do siebie idziemy,
Ja niema i ty niemy, i ręce wyciągamy
I znowu się mijamy.
W ciemności tak bolącej jak najjaskrawsze słońce.
Z ustami pełnymi mrozu,
Z gardłem ściśniętym powrozem.
Tak wędrujemy latami,
Nieznani, nienazwani, ręce wyciągamy i ręce wyciągamy
W ciemności tak bolącej jak najjaskrawsze słońce.
Z ustami pełnymi mrozu,
Z gardłem ściśniętym powrozem.
Ernest Bryll

piątek, 17 kwietnia 2015

***

Wyszliśmy szukać prawdy na świecie
A znaleźliśmy papier i śmiecie.
Wyszliśmy składać dla wszystkich słowa,
A każdy teraz jest jak niemowa.
Siedzimy teraz nad stołem brudnym
Kawałek sera butelka piwa
I w stół patrzymy jak w kraj bezludny,
A stół na krzywej nodze się kiwa.
Ja jestem diabeł twój - ty mój diabeł
Bo tyś mnie kusił, ja ci kłamałem,
Ja biłem brawo, tyś klepał brawo,
Aż tylko echo zostało...
Ernest Bryl

czwartek, 16 kwietnia 2015

Utrapienia miłosne

Waszmoście, ależ z was bałwany! 
Za sprawą miłosnego licha,
Z początku każdy zestrachany, 
Potrafi jeno łzawo wzdychać.
Wyznaje wreszcie, co go nęka,
Ona się dąsa, on wciąż swoje,
Jakaż to nuda, co za męka,
Owe sercowe niepokoje!
Wreszcie wzajemność - i tym gorzej,
Teraz dopiero ambarasy,
Bo pani często nie w humorze,
Z rodzinką też niejakie kwasy...
Aha, wszak pozostaje honor,
Honor - radości przeciwieństwo,
I spory - kogo zwyciężono,
Kto komu przyznać ma zwycięstwo!
Zjawia się rywal - znowu bieda,
Wnet popłoch w sercu załomoce,
I zazdrość kąsa, zasnąć nie da,
I niespokojne dni i noce.
Zmoże oboje gra i zwada,
Chcą pocałunku, w nim ucieczki,
Lecz żar zgasł, niesmak się zakrada –
Czyliż gra cała warta świeczki?
Voltaire
przełożyła Jadwiga Dackiewicz

niedziela, 12 kwietnia 2015

Niespotkanie

Nawet nasze niespotkanie
Ma już tylko ślady dawnej urody
Biegnie tym śladem mój pies
Kulejąc na obie nogi

Miejsce gdzie nadaremno czekam
Porosło szczeciną brody
Marszczy się skóra
Nieprzytulonego policzka
Zapach twoich włosów
Osiada kurzem
Na nie narodzonych liściach

Stoję na tej umówionej ulicy
Już tyle lat
I nadal czuję w ustach
Smak niepocałunku

I widzę oczekiwanie które się dłuży
Jak czarna skórzana rękawiczka
Która wypada z okna domu
Gdzie od lat nikt już nie mieszka

Tomasz Jastrun

Zużyte Wszystko

Zużyte wszystko, słów miazga nie cieknie 
I nie spowija grozy dawnych diabłów
Oni się korzą przed wyplutą pestką, 
Tybald się boi Kainów i Ablów.
W uściskach stonóg zaklęta pantera,
Jej cętki świecą różowe i dumne.
Przez trawę pełznie cudowna hetera
Miażdżąc swym brzuchem słowa zbyt rozumne...
Witkacy

Znów muzyka

Znów muzyka: ktoś myśli o nas intensywnie,
Że serce traci pamięć i w inną stronę bije,
I znajomy, choć zawsze niespodziewany, lęk
sprawia, że nasze ciała znów odnajdują się.
I znów przestraszonymi wargami prosisz zręcznie
łaski moich, i leczysz mój przegryziony język.
I swym udom pozwalasz, by rządził nimi strach,
bo wiesz, że gdy zaufasz, sposób Ci wskaże sam.
I znów najpilniej chętna jesteś i najposłuszniej
wierna tej pamięci, którą ofiarowuje
Ci muzyka: wezwanie, by krwią wtórować jej.
I znów nas pozyskała do swoich celów śmierć.
Rafał Wojaczek
I nie wiem nawet, jak się to zrobiło, że się zmieniłem z wilczka w psa wyliniałego
Może smagłości wiatru w mym pysku nie było, nie zezowałem patrząc żółtym okiem w niebo,
Może to odblask strachu, a nie bujny płomień hulał po grzbiecie
Może tej obroży nikt mi nie musiał włożyć, nikt nie przyszedł po mnie,
a ja sam podreptałem, służąc psio i skromnie.
Panie, Ty, co miłujesz nawet pełzające i umiesz wskrzesić dumę w bladej krwi robaczej
Pomóż otworzyć gardło niemo wołające
Zapewnij mnie, że żyję wolny, chociaż płaczę.
Ernest Bryl

Protokół

Zdając sobie sprawę
z własnej winy, ponad wszelką wątpliwość (oklaski)
udowodnionej przez przedmówców, chciałbym
oświadczyć na usprawiedliwienie, mimo (okrzyk: brawo!)
iż takie wykroczenie przeciw wszelkim normom
nie może być (oklaski) usprawiedliwione,
że urodziłem się istotnie, ale
nie z własnej woli i bez złych zamiarów;
ten postępek mi ciążył przez (śmiech, brawa) długie
lata; jak słusznie podkreślono
w dyskusji, nie potrafiłem wyciągnąć
z (oklaski) tego odpowiednich wniosków
i starałem się zatrzeć ślady swego czynu,
ale po (ironiczne sykanie) gruntownym
i szczerym przemyśleniu swej dotychczasowej
postawy, pragnę stanowczo
odciąć się od niej i poprosić o
(śmiech) danie mi jeszcze
jednej szansy (oklaski
przechodzące w owację).
Stanisław Barańczak

ELEGIA CZWARTA, PRZEDWIOSENNA

I znowu się udało. Znów, zimo, niedoczekanie,
pocałuj mnie gdzieś, mrozie, i każ się wypchać, śniegu,
szuflami poza chodnik; przeżyłem was raz jeszcze.

I znowu się udało wziąć was na przeczekanie,
tępogłowe bałwany; znów was zaskoczył świegot
plusowych temperatur, spływajcie stąd nareszcie

strugami, już was nie ma. Przeczekać. Zbyt się dłużą
złe passy i złe czasy. Żyliśmy, by przeczekać
dwie godziny pod sklepem i dwie doby pod kluczem,

dwa miesiące, po których powtarzał każdy urząd,
że czekać dalej i że niczego nie przyrzeka.
Wszystko tak się dłużyło, że coraz było krótsze

życie - i krótkie były chwile, którym się chciało
powiedzieć: Trwaj, do diabła, nawet za cenę duszy;
krótkie jak żart, jak dwuwiersz, stłumione jak rozmowa

z kimś bliskim, w nocy; nikłe jak muzyka za ścianą,
nieważkie jak dwa ciała, porwane w lot nie dłuższy
niż ich jeden zmieszany oddech. I wciąż od nowa

zmęczone dni liczenie: byle do jakiejś wiosny
nieznanej; byle do tej odwilży, tych roztopów,
kiedy odtaje we mnie prowizorka zziębnięta

i zacznę żyć naprawdę; na całego; na oścież
targnę koszulę serca - a tymczasem roztropnie
czekać - trzymać się ciepło - o szaliku pamiętać -

Ale nie ma innego życia. Ten zamrażalnik,
dokąd - aby nas ciepło nie zepsuło zanadto -
upchnięto nas, chowając rzekomo na lepsze dni,

jest tylko najzimniejszą częścią zimnej spiżarni,
do której z rzadka, z zewnątrz, wpadnie ciepło i światło,
gdy Ktoś otworzy - zajrzy - i znów zatrzaśnie drzwi

listopad 1979-czerwiec 1980
Stanisław Barańczak

Szare eminencje zachwytu

Jakże się cieszę,
że jesteś niebem i kalejdoskopem,
że masz tyle sztucznych gwiazd,
że tak świecisz w monstrancji jasności,
gdy podnieść twoje wydrążone
pół-globu
dokoła oczu,
pod powietrze.
Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie,
łyżko durszlakowa!
Piec też jest piękny:
ma kafle i szpary,
może być siwy,
srebrny,
szary – aż senny...
a szczególnie kiedy
tasuje błyski
albo gdy zachodzi
i całym rytmem swych niedokładności
w dzwonach palonych
polanych biało
wpływa w żywioły
obleczeń monumentalnych.
Miron Białoszewski

Wiosna

Serce pęcznieje, nabrzmiewa, 
wesele musuje w ciele,
można oszaleć z radości, 
o, moi przyjaciele!
Od stóp do głowy krąży
potok niepowstrzymany!
Pomyślcie, co się to dzieje!
Jaki to pęd opętany!
Jak bardzo jest! jak wiele!
Jak żywo, zupełnie, cało!
- Chodź, Młoda, do Młodego.
Ojcostwa mi się zachciało!
Julian Tuwim