poniedziałek, 28 października 2013

Przebudzenie



Jest świt,
Ale nie jest jasno.
Jestem na pół zbudzony,
A dokoła nieład.
Coś trzeba związać,
Coś trzeba złączyć,
Rozstrzygnąć coś.
Nic nie wiem.
Nie mogę znaleźć butów,
Nie mogę znaleźć siebie.
Boli mnie głowa.


niedziela, 27 października 2013

KONAJ, ME SERCE...

Konaj, me serce - - po co żyć ci dalej?
Żadne z twych pragnień nigdy się nie iści - -
wrzej, aż cię ogień wewnętrzny przepali,
i uschnij, na kształt oderwanych liści.

Milcz i umieraj. Ileżeś to razy
zadrgało próżno; klątwy ileżkrotne
na twe szalone rzucałeś ekstazy,
i znów milczało - - dumne i samotne.

Ale tej nocy posępnej i sennej
nie zdołasz milczeć, szał buntu cię zrywa,
z milczenia twego powstajesz Gehenny,
na ustach twoich drga klątwa straszliwa...

Gdyby ta klątwa zmieniła się w gromy,
skały się skruszą i spłomieni morze,
zadrży sklep niebios wiecznie nieruchomy,
gwiazdy zeń runą w przepaść...

Któż nam powróci...

Któż nam powróci te lata stracone
bez wiosennego w wiośnie życia nieba?...
Wołają na nas, że w złą idziem stronę,
precz o świat troskę rzucając powinna,
a czy pytają się nas, co nam trzeba
i czyśmy mogli obrać drogę inną?


Kto z was policzył te gorzkie godziny
daremnych pragnień, żrących naszą duszę?
Kto zmierzył smutku naszego głębiny
bez dna i brzegu? Kto wie, jakie ducha
niepodległego straszne są katusze,
gdy zerwać swego nie może łańcucha?


Spójrzcie nam w mózgi - - zgryzły je, strawiły
wrodzone ludziom daremne pragnienia.
Wołacie na nas: "Jesteśmy bez siły,
dajcie nam słowa wiary i otuchy" - -
a nam któż daje słowa pocieszenia?
A któż mdlejące nasze wzmacnia duchy?


Któż nam powróci te lata stracone
bez wiosennego w wiośnie życia nieba?...
Chcecie w nas widzieć dźwignię i obronę,
żądacie od nas zbawień i pomocy,
lecz my, z waszego wykarmieni chleba,
jak wy, nie mamy odwagi i mocy.



piątek, 25 października 2013

Zasnąć już

Zasnąć już!.... Noc ta pochmurna, bezgwiezdna,
posępnych widzeń krynicą jest bez dna -
zasnąć już, skłonić na nirwany łono
głowę płonącą, bez miary zmęczoną...

Przepłynął przez nią strumień myśli długi,
a jedna była smutniejszą od drugiej,
a wszystkie były smutne bezlitośnie - -
chcę spać, choć wiem, że ciągu myśli dośnię...

Ha!... Tłum okropny mar ciśnie się białych,
w szatach zwalanych ziemią i zbutwiałych,
tańczą wokoło z szalonym pośpiechem,
szyderczym w twarz mi wybuchając śmiechem

Widok ich trupich czaszek mię przeraża,
dusi mię zgniła, wstrętna woń cmentarza,
a ten śmiech strasznej ironii się wwierca,
jak tępa śruba, w głąb mojego serca.

Tłoczą się ku mnie ohydną gromadą,
trupie swe ręce na czoło mi kładą
i spróchniałymi szczękami klekocą
najokropniejsze z wszystkich pytań: Po co!?...

Ocalony

Mam dwadzieścia cztery lata
Ocalałem
Prowadzony na rzeź

To są nazwy puste i jednoznaczne
Człowiek i zwierzę
Miłość i nienawiść
Wróg i przyjaciel
Ciemność i światło

Człowieka tak się zabija jak zwierzę
Widziałem:
Furgony porąbanych ludzi
Którzy nie zostaną zbawieni.

Pojęcia są tylko wyrazami:
Cnota i występek
Prawda i kłamstwo
Piękno i brzydota
Męstwo i tchórzostwo.

Jednakowo waży cnota i występek
Widziałem:
Człowieka który był jeden
Występny i cnotliwy.

Szukam nauczyciela i mistrza
Niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
Niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
Niech oddzieli światło od ciemności.

Mam dwadzieścia cztery lata
Ocalałem
Prowadzony na rzeź.


Do Nieznajomej

Nie wiem, kto jesteś — — ledwo kilka razy
Widziałem ciebie — — za każdym widzeniem
Pierś ma się dziwnym podnosi wzruszeniem,
Serce szalonym poczyna bić tętnem,
A usta moje palą te wyrazy,
Które bym tylko w omdleniu namiętnem,
Patrząc ci w oczy, wymówił westchnieniem.

Rozkosz i boleść czuję, gdy cię widzę,
I zdaje mi się, że cię kochać muszę,
I zdaje mi się, że cię nienawidzę — —
Przekląłbym ciebie i oddał ci duszę.

Na myśl rozkoszy, jaką twój dać może
Uścisk dziewiczy, oszaleć się boję — —
Szukając ciebie, spotkania się trwożę — —
Trucizną są mi cudne oczy twoje,
Oczy błękitne i senne, jak morze.

Na samą myśl tę, gdy cię półomdlałą
Widzę w snach moich z lawy i płomienia,
Gdy dłutem z ognia rzeźbię twoje ciało,
Każdy kształt ciała, co gdy opierścieni,
Zmysły w huragan i krew w burzę zmieni;
Na samą myśl tę bliskim jest omdlenia.

Tonąc w srebrzystym ócz twoich błękicie,
Pod stopy twoje rzuciłbym me życie,
A razem żądzę uczuwam szaloną
Zabić cię jednym oczu moich błyskiem,
Bo wolałbym cię śmierci poślubioną
Widzieć, niż z innym splecioną uściskiem…

*** (Anka)

Anka, to już trzy i pół roku,
długo ogromnie,
a nie ma takiego dnia, takiego kroku,
żebym nie wspomniał o mnie:

o mnie, osieroconym przez ciebie,
i choć twardość sobie wbijam w łeb,
nie widzę cię w żadnym niebie
i nie chcę takich nieb!

Żadna tu filozofia
sprawy tej nie zgładzi:
mojej matce, mojej siostrze było: Zofia,
i jakoś czas na to poradził.

A ja myślę i myślę o tobie
po przebudzeniu, przed snem…
Może ja jestem coś winien tobie? -
bo ja wiem.

Na Powązkach ośnieżona mogiła,
brzozy coś mówią szelestem…
Powiedz, czyś ty naprawdę była,
bo ja jestem…

piątek, 18 października 2013

Bohaterowie są znużeni

Mój przyjaciel - młody i zdolny publicysta - tak często mówi do mnie: Literatura - myślę o prozie  artystycznej - jest w tej chwili zabawą bez przyszłości. Tempo i dramatyzm życia w wieku dwudziestym mordują literaturę. Zanim zdążysz uporządkować w jakikolwiek poprawny kształt artystyczny swoją wizję dnia dzisiejszego, czas popędzi siedmiomilowymi krokami naprzód,. ty zostaniesz w miejscu trzymając swoją kupkę papieru i najwyżej możesz ze smutkiem spoglądać we własne, puste wnętrze. Człowiekowi dzisiejszemu nie odpowiesz literaturą na dzień dzisiejszy: Mann pisał przez ładnych kilka lat "Doktora Faustusa",. Szolochow przez czternaście lat ślęczał nad " Cichym Donem ",. praca Aleksego Tołstoja nad "Drogą przez mękę" trwała dwa dziesiątki lat. Nie, mój drogi! Człowiek wieku dwudziestego chce odpowiedzi dziś już na to, co stało się w dniu wczorajszym. Chce odpowiedzi bezbłędnej, przekonywającej i logicznej,. chce odpowiedzi takiej, jakiej nigdy w stanie nie jest mu dać literatura - zawsze maniakalna w większym czy mniejszym stopniu, zawsze jakoś wykrzywiona, zawsze obarczona ciężarem indywidualnej wizji świata i ludzkich poczynań. Rola literatury sprowadza się obecnie do dokumentaryzmu - ludzie chcą dobrej, jasnej i ciekawej publicystyki. Zresztą, czy naprawdę myślisz, że w drugiej połowie dwudziestego wieku literatura jest w stanie spełniać rolę taką, jaką spełniała w swoim złotym wieku dziewiętnastym? Wtedy, kiedy ludzie tworzyli kolonię Tolstojowców, zapijali się udręczeni wizją Dostojewskiego,. kiedy nieszczęśliwi młodzi ludzie strzelali sobie bez pudła w głowę po prześledzeniu cierpień Wertera ?
Nie jesteś chyba naiwny, aby tak przypuszczać. Wydaje mi się, że obecnie literatura jest bezradna wobec życia i że przez długi czas tak będzie. Dzieją się na świecie takie tragedie, o jakich nie śniło się bohaterom Szekspira i Stendhala. Czy trzeba ci przykładów? W każdej gazecie znajdziesz ich tysiące. Chcesz dramatów? Ja dziś nie wiem, co jest dramatem, a co nie. Chcesz tragedii na miarę antyczną? Wydaje mi się, że jesteśmy świadkami tragedii wyrastających ponad każdą, dotąd przyjętą miarę. Komunista niewinnie więziony we własnym kraju,. rewolucjonista, który wszystkie swe siły poświęcił sprawie wyzwolenia człowieka i od którego odwraca się własny naród, oskarżony o nikczemność i zdradę - czy znany ci jest w historii świata czas, w którym tego typu tragedia stałaby się - tak jak dziś- tragedią dnia codziennego? Czymże wobec ogromu i tragizmu tych spraw jest literatura? Śmieszną zabawą, w którą trudno będzie uwierzyć komukolwiek. Na jakim papierze, na jakich kamieniach, na jakiej taśmie filmowej i na deskach jakiego teatru uda się utrwalić te cierpienia? Są one - jak myślę - poza kręgiem tego wszystkiego, co dotąd nazywało się literaturą... Mniejsza z tym, czy przyjaciel mój - mówiąc o sprawach literatury - ma rację, czy też jej nie ma. Literatura stawała już wobec niejednej zbrodni i niejednego szaleństwa dając sobie jakoś radę; ludzie zawsze będą chcieli czytać o losach innych ludzi i dowiadywać się o ich życiu i cierpieniach nie z suchej publicystyki, lecz z kart książek pięknych i mądrych, bolesnych i świadomych - tak mu wtedy odpowiadałem.
Nie chodzi mi tu jednak o sprawy literatury. Kilka tygodni temu w Warszawie gościł studencki teatr satyryków z Gdańska "Bim-Bom". Teatr ów wystąpił z programem "Radość poważna". Przez wiele dni ludzie odchodzili z niczym od kas sympatycznych studentów; widownia zapchana była do ostatniego możliwego miejsca, a gazety pełne entuzjastycznych recenzji. "Bim-Bom" nazwano "teatrem wielkiej metafory", "siedmio-milowym krokiem naprzód"; mówiono o nim jako o najbardziej współczesnej - jeśli chodzi o środki wyrazu - scenie w Polsce; zachwycano się jego wdziękiem, filozofią i odwagą. Przypuszczam, że studentom z Gdańska wyrządzono wielką krzywdę i teraz będą przez długi czas musieli stąpać twardym krokiem po ziemi, aby im woda sodowa nie uderzyła do głowy. Tak zresztą zawsze dzieje się w Polsce; wystarczy tylko, aby zaistniało jakieś wartościowe zjawisko, aby natychmiast zniszczyć je i pogrzebać przesadą, niesprawiedliwością i brakiem proporcji. Nie czas tu ani miejsce, aby wyliczyć tych wszystkich mistrzów palety, pióra i sportu, którym wyrządzono niedźwiedzią przysługę wynosząc ich pod niebiosa i następnie ściągając brutalnie na kamienną ziemię. Teatr "Bim-Bom" nie jest teatrem wielkiej mądrości, a przed filozofią jego nie należy klękać jak przed wschodzącym słońcem - boję się, że efektowne baloniki i mydlane bańki puszczane przez uroczą dziewczynkę w istocie przykrywają pustkę. Trudno orzec - i dziwić się należy bezkrytycznym ocenom naszych recenzentów - czy "Bim-Bom" jest teatrem par excellence nowoczesnym, bo teatru nowoczesnego Polska nie widziała od dawien dawna - jest to więc gadanie ślepego o tęczy. "Bim-Bom" - to przede wszystkim zespół młodych świetnych ludzi, którym należy jak najprędzej i jak najkonkretniej pomóc w znalezieniu klucza do rozumienia dzisiejszego życia. Bohaterami ich spektaklu są: smutek, rozgoryczenie, niewiara i przygnębienie. To nie był teatr satyryków. To był teatrzyk przegranych złudzeń, nadziei i pragnień. Nie była to szczedrynowska satyra - ostra, bezwzględna i brutalna, sięgająca do samych korzeni społecznego zła. To był tylko - rozmieniony na efektowne, mydlane bańki - smutek. Smutek, owo uczucie, któremu oddawać się można z niejaką nawet przyjemnością pijąc wódkę w dorożkarskiej knajpie lub patrząc z ciepłego pokoju przez okno na świat smagany jesiennym deszczem; smutek, owo uczucie, którego doznaje mężczyzna na widok przechodzącej, ładnej kobiety; owo uczucie, które jest raz mniej, a raz bardziej dręczące, lecz idąc po którego szlakach trafić można tylko na ciemną rzekę zwątpienia, aby tam do reszty pogrzebać swoje nadzieje i pragnienie walki. Walczyć nim jednak nie można o żadną sprawę. Walczy się pragnieniami, miłością lub nienawiścią - tym wszystkim właśnie, czego nie potrafili czy też nie chcieli pokazać w swoim teatrze studenci z Gdańska. Vive la tristesse!
Zadziwiającą rzeczą jest nasze najmłodsze pokolenie - owi ludzie, którzy dobiegają pierwszej dwudziestki swego życia lub zaledwie ją przekroczyli. Zadziwiającą rzeczą jest znikomy hart tego pokolenia. Wypisano już tysiące kart na temat ich cynizmu, okrucieństwa, demoralizacji, rozwydrzenia i moralnej nędzy. W rzeczy samej sprawa wygląda inaczej. Oni są zmęczeni; dwudziestoletni bohaterowie socjalizmu, którzy wojnę znają z opowiadań, kiepskich filmów i książek, głód - z relacji ludzi, którym nigdy się nie wierzy; dla których takie słowa jak "strajk", "więzienie" są tylko nic nieznaczącymi pojęciami; pokolenie wychuchane i wydmuchane w inkubatorach rewolucji; pokolenia, które w istocie miało wszystko począwszy od stypendiów, a skończywszy na dziwkach i knajpach; pokolenie, w które władowano miliardy złotych; pokolenie o bezgranicznych wprost przywilejach - choć w to nigdy nie uwierzą - jest zmęczone, przeżywa kolosalny katzenjammer. Wystarczyło kilka przykrych, bolesnych prawd, które odsłoniła historia; wystarczyło kilka lat trudów, które są jednak kaszką z mleczkiem w porównaniu z tym, co mieli ludzie radzieccy podczas pierwszych pięciolatek; wystarczyło kilka klęsk, wystarczyło, aby słusznie rozwalono mit Wielkiego Nauczyciela, a pokolenie upadło bez sił na mordę. Pokolenie jest skacowane i zmęczone; pokolenie czuje się oszukane przez rewolucję. Pije, rozrabia na ponuro; młodociani poeci piszą o bezsensie życia; osiemnastoletnie oddają się kilku mężczyznom na raz, gdyż nie wierzą w miłość; malutki, nie dający się nawet w połowie realizować cynizm - naiwna forma obrony przed życiem - na co dzień; smutek od święta i co dalej? - Ja mam czoło pochylone - pisze w liście otwartym do "Nowej Kultury" osiemnastoletni student II roku Politechniki Warszawskiej. - Za moich starszych kolegów, za partię całą, Za tych wszystkich, którzy węszyli, oglądali się, za tych wszystkich, którzy oszukiwali i za tych, którzy dali się oszukać. Za tych, co świadomie, czy też nieświadomie pomagali złu, Mam czoło pochylone za was, drobnomieszczanie na ministerialnych stanowiskach, za was, dobrze odżywieni literaci, za was bezkonfliktowi pisarze, Wstydzę się za was wszystkich, a przede wszystkim za siebie, za swoją głupotę i łatwowierność, Ja nie potrafię już podnieść czoła, a jeśli je kiedyś podniosę", Zresztą to niemożliwe, bo nie mam żadnych podstaw, aby wierzyć czemukolwiek, Idee, gdy nie można wierzyć ludziom, stają się niczym: (",) My 18-i 20-latki, choć wzrastamy w nowych warunkach, nie jesteśmy szczęśliwi, bolesne jest bowiem zrozumieć, że to nowe tak bardzo jest stare, tak bardzo do naszego wymarzonego niepodobne, Bolesne jest tracić wszystko, w co się wierzyło", Vive la tristesse!
No i jacyż oni są, ci dwudziestoletni ludzie, którzy przegrali już wszystko, zrezygnowali ze wszystkiego i biernie oczekują na dalsze ciemne i niepotrzebne życie, Tragiczni czy komiczni? Może jedno i drugie? Oni są słabi; nie tragiczni i nie śmieszni, tylko tragicznie, przeraźliwie słabi, Pokolenie potrzebuje wapna i fosforu; tranu i witamin, Trzeba wzmocnić ich kręgosłupy, mięśnie i głowy, Trzeba im powiedzieć, że nie przeżyli jeszcze niczego, a wszystko, co najszczerzej wycierpieli do tej pory, może okazać się niczym w porównaniu do tego, co danym im będzie jeszcze przeżyć, Trzeba to pokolenie smutnych i rozpieszczonych dzieci, które utraciły wiarę w bociana, przygotować do życia - oni nie są przygotowani, Wystarczyło parę błędów, do których przyznała się partia, aby zmiażdżyć nimi siły pokolenia; wystarczyło kilka lat stania w ogonkach po bilety do kina czy mięso, aby wypruć z nich wszystkie siły; wystarczyło otworzenie w Warszawie kilkunastu specjalnych sklepów, aby ugruntowało się w pokoleniu poczucie krzywdy i niesprawiedliwości - w zmęczonym pokoleniu bez walk i klęsk, trwogi i śmierci na co dzień; w pokoleniu, które w istocie nie ma pojęcia, czym jest szarpanina ideologiczna; w pokoleniu, które dla marksizmu nie wyrzekało się żadnej innej ideologii; w pokoleniu, które nigdy nie dowie się na własnej skórze, co przeżyli ludzie z AK lub z NSZ, Cóż mają mówić ci, którzy przeszli przez piekło getta, których gnojono w Oświęcimiu, którzy przeszli przez lasy partyzantki; cóż mają powiedzieć nieliczni ocaleni z KZM-u; cóż mają w końcu powiedzieć ci, którzy po latach niesłusznego więzienia stanęli znów do pracy odrzucając gorycz? Żyjemy w czasach ogromnych; w czasach, które trudno ogarnąć najtęższym nawet rozumem, Oni pochylają swoje czoła ogarnięte mrokiem smutku i zwątpienia, Sprawa wyzwolenia człowieka przechodzi wielkie katharsis - marzenia wielu tysięcy komunistów; oni - przechodzą katzenjammer, Vive la tristesse!
Czy trzeba przykładów? Czy trzeba cytować te wszystkie gorzkie wiersze, smutne wypowiedzi; czyż trzeba - na tym miejscu - wylewać całą masę zwątpienia i goryczy? A może by im tak pomóc zrozumieć życie i czas? Może by im w końcu wytłumaczyć, gdzie żyją i w czym uczestniczą? Może by ich tak wreszcie nauczyć czegokolwiek choć o rewolucji - w sposób mądry i prawdziwy? Może by im tak dać jakiegoś potężnego klina na katzenjammer? Nie byłoby to bez pożytku, Wierzę w siłę rozpaczy, lecz ich rozpacz jest głupia; można tylko walić łbem o ścianę, jeśli rozpacza się z zamkniętymi oczyma, Trzeba pokoleniu otworzyć oczy, Siłę daje tylko rozum; z tym tutaj nie najlepiej,
Do diabła z tym smutkiem! Nie jestem wróżbitą i nie zajmuję się przewidywaniem przyszłości, Ale jeśli pokolenie nie otrząśnie się ze smutku; jeśli pokolenie nie zacznie się uczyć od początku, od podstaw, solidnie życia, to koniec pokolenia będzie nieporównanie smutniejszy i nieporównanie bardziej groteskowy od końca kolorowych baloników w teatrze "Bim-Bom",
Czyżby wiara pokolenia była tak krucha?


Pierwodruk "Obywatel Warszawy" nr 5/1956
No i jacyż oni są, ci dwudziestoletni ludzie, którzy przegrali już wszystko, zrezygnowali ze wszystkiego i biernie oczekują na dalsze - ciemne i niepotrzebne - życie. Tragiczni czy komiczni? Może jedno i drugie? Oni są słabi; nie tragiczni i nie śmieszni, tylko tragicznie, przeraźliwie słabi.

Marek Hłasko - Bohaterowie są znużeni
Kiedy się dziwić przestanę
Gdy w mym sercu wygaśnie czerwień
Swe ostatnie, niemądre pytanie
Nie zadane, w połowie przerwę

Będę znała na wszystko odpowiedź
Ubożuchna rozsądkiem maleńkim
Czasem tylko popłaczę sobie
Łzami tkliwej i głupiej piosenki

By za chwilę wszystko zapomnieć
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie

Kiedy się dziwić przestanę
Zgubię śpiewy podziemnych strumieni
Umrze we mnie co nienazwane
Co mi oczy jak róże płomieni

Dni jednakim rytmem pobiegną
Znieczulone, rozsądne, żałosne
Tylko życia straszliwe piękno
Mnie ominie nieśmiałą wiosną

Za daleko jej będzie do mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie

Kiedy się dziwić przestanę
Lżej mi będzie i łatwiej bez tego
Ścichną szczęścia i bóle wyśmiane
Bo nie spytam już nigdy - dlaczego?

Błogi spokój wyrówna mi tętno
Gdy się życia nauczę na pamięć
Wiosny czułej bolesne piękno
Pożyczoną poezją zakłamię

I nic we mnie i nic koło mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie
Cokolwiek pomiędzy ludźmi kończy się – znaczy: nigdy nie zaczęło się. Gdyby prawdziwie się zaczęło – nie skończyłoby się. Skończyło się, bo nie zaczęło się. Cokolwiek prawdziwie się zaczyna – nigdy się nie kończy.

sobota, 12 października 2013

UMIEM BYĆ CISZĄ

                                        Miłość to człowiek niedokończony
                                                                       ELUARD

Kończę się w twoich oczach
Umiem być ciszą
Kończę się w twoim śnie

Ostatnie echo jest ciszą
to miejsce
gdzie kończy się twoje spojrzenie

Sen mnie oślepia, rozjarzona
iskra serca
Kończę się w twoim sercu

Przez sen, przez siebie
donoszę siebie
do twojej śmierci
JA; KAFKA


Przerosło mnie
serce
cały jestem wewnątrz
korzeń

Białe trawki
wyrastają mi
z warg

Julia córka rzezaka
Wprawnymi
po ojcu
wargami
uprawia moją chorobę
NIGDY NIE OTWIERAĆ OKNA

Pamiętaj
nigdy
nie otwieraj okna
w czterech ścianach
wiatr nie wieje
dbaj o głowę
i o różę
i zaczerpuj wciąż na nowo
wprost ze źródła mieszczańskiego
nie myśl o tym
że ci się odnawia stygmat
ty…

Nie pisz listów do siebie
kto to widział
pisać listy do zmarłych

czwartek, 3 października 2013

Zimno mi



- pociągnij za sznurek, a poruszy się kukiełka... -

każdy facet musi zdać sobie sprawę
że to wszystko może zniknąć w
jednej chwili:
kot, kobieta, praca
przednia opona,
łóżko, ściany, pokój;
wszystkie rzeczy
najpotrzebniejsze do życia,
łącznie z miłością
spoczywają na fundamentach z piasku –
i pojedyncze zdarzenie,
nieważne jak od ciebie odległe:
śmierć chłopca w Hongkongu
albo śnieżyca w Omaha...
może przynieść ci zgubę.
cała twoja porcelana rozbije się o
kuchenną podłogę, wejdzie twoja dziewczyna
a ty będziesz stał pijany
w samym środku tego wszystkiego i kiedy zapyta:
mój boże, co tu się stało?
odpowiesz: nie wiem,
naprawdę nie wiem...

Jesień

Przez złoty park pies kosmaty goni
Wiewiórka w liściach rudy orzech
chowa
Opowiadaj mi moja mała żono
O srebrnych trąbkach wołających
w dąbrowach

Październik z trudem wiąże koniec
z końcem
Purpurowa kurteczka nie ukryje biedy
Usiadł sobie w gospodzie pod Nowym
Sączem
Żółte piwo popija na kredyt

A gdy ostatnią przepije kapotę
Wymknie się z wiatrem i złoty liść
przez okno rzuci
Ach opowiadaj mi o tym
Jak oszwabiony szynkarz się zasmucił

Jedzie zima w kożuchu na wozie
Nasze palta ostra igła podszywa
Będziemy patrzeć wieczorami w ogień
Jak nastroszył czerwoną grzywę.

Z punktu



93915491659186910791679118919891

jesteś Wilnem a ja Warszawą
lecz podczas gdy ja spaceruję Pilies gatve
ty kolejny raz mijasz bar Familijny na Krakowskim

mam nadzieję że zdążę wrócić nim staniesz się modny
a twoje wyklęte książki znów pojawią się na półkach
pozostaną tam do czasu gdy umrze kolejny ostatni

9391 5491 6591 8691 0791 6791 1891 9891

myślę znacznie szybciej i lepiej niż piszę dlatego
największą krzywdą jaką wyrządzam wierszom
to zapisywanie ich ty zrozumiałeś to w porę

twoje długie milczenie świadczy o głębokiej
świadomości wielokrotności śmierci
jak u każdej sieroty to znaczy każdego Polaka

1939 1945 1956 1968 1970 1976 1981 1989

kolejną datę przyjmiesz z niewłaściwym sobie spokojem
wiecznym