środa, 25 listopada 2015

***



Tak bardzo pozostali sami,
tak bardzo bez jednego słowa
i w takiej niemiłości, że cudu są godni ?
gromu z wysokiej chmury, obrócenia w kamień.

Dwa miliony nakładu greckiej mitologii,
ale nie ma ratunku dla niego i dla niej.

Gdyby ktoś chociaż stanął w drzwiach,
cokolwiek, choć na chwilę, zjawiło się i znikło,?
pocieszne, smutne, zewsząd i znikąd,
budzące śmiech albo strach.

Ale nic się nie zdarzy. Żadne, samo z siebie,
nieprawdopodobieństwo.
Jak w mieszczańskiej dramie
będzie to prawidłowe do końca rozstanie,
nie uświetnione nawet dziurą w niebie.

Na ściany niezachwianym tle,
żałośni jedno dla drugiego,
stoją naprzeciw lustra, gdzie
nic prócz odbicia dorzecznego.

Nic prócz odbicia dwojga osób.
Materia ma się na baczności.
Jak długa i szeroka i wysoka,
na ziemi i na niebie i po bokach
pilnuje przyrodzonych losów
- jak gdyby sarenki nagłej w tym pokoju
musiało runąć Uniwersum.

środa, 7 października 2015

***



Boże mój zmiłuj się nade mną
czemu stworzyłeś mnie na niepodobieństwo
twardych kamieni

Pełna jestem twoich tajemnic
wodę zamieniam w wino pragnienia
wino – zamieniam w płomień krwi.
Boże mojego bólu
atłasowym oddechem wymość
puste gniazdo mojego serca
Lekko – żeby nie pognieść skrzydeł
tchnij we mnie ptaka
o głosie srebrnym z tkliwości.

Halina Poświatowska

wtorek, 23 czerwca 2015

Sadza

Sadza
Sadza przecieka każdą szparą,
Co dzień ją z okien trzeba zbierać,
Codziennie z koszul pilnie spierać
I z twarzy ścierać niby starość.
Te okna czarne, malowane
Na kolorowo – wciąż od nowa.
Koszule do siności sprane,
Ciała czyściejsze niż choroba.
Czasem gdy pył ten pod powieki
Wpadnie i łzy przemocą ciekną,
Okiem stężałym i kalekim
Patrzysz, jak gdybyś poznał piękno…
Ernest Bryll

Przypomnienie

Kiedy dla śmiertelników ucichną dnia gwary,
I noc, wpółprzejrzystą szatę
Rozciągając nad głuchej stolicy obszary,
Spuszcza sen, trudów zapłatę:
Wtenczas mnie samotnemu rozmyślań godziny
W ciszy leniwo się wleką,
Wtenczas mnie ukąszenia serdecznej gadziny
Bezczynnemu srożej pieką.
Mary wrą w myśli, którą tęsknota przytłacza,
I trosk oblegają roje;
Wtenczas i Przypomnienie w milczeniu roztacza
Przede mną swe długie zwoje.
Ze wstrętem i z przestrachem czytam własne dzieje,
Sam na siebie pomsty wzywam
I serdecznie żałuję, i gorzkie łzy leję,
Lecz smutnych rysów nie zmywam.
Aleksander Puszkin
tłum. Adam Mickiewicz

* * * (Cóż tobie imię moje...)

Cóż tobie imię moje powie? 
Umrze jak smutny poszum fali,
Co pluśnie w brzeg i zmilknie w dali, 
jak nocą głuchą dźwięk w dąbrowie,
Skreślone w twoim imienniku,
Zostawi martwy ślad, podobny
Do hieroglifów płyt nagrobnych
W niezrozumiałym języku.
Cóż po nim? Pamięć jego zgłuszy
Wir wzruszeń nowych i burzliwych
I już nie wskrzesi w twojej duszy
Uczuć niewinnych, wspomnień tkliwych.
Lecz gdy ci będzie smutno - wspomnij,
Wymów je szeptem jak niczyje
I powiedz: ktoś pamięta o mnie,
Jest w świecie serce, w którym żyję.
Aleksander Puszkin

Nieprzysiadalność

no, proszę sobie wyobrazić...
marzec albo kwiecień...
hm... raczej marzec.
wieczór...
spotykam j.p.
jest pijany jak świnia
a ja jestem trzeźwy
jak świnia
idziemy na kawę
on - między morzem wódki, a powrotem do domu
ja - pomiędzy kłótnią z jedną kobietą,
a rozmową z drugą, która być może także się przerodzi w kłótnię
siedzimy więc w knajpie
choćbym się nawet bardzo skupił
nie pamiętam w jakiej
on między wódką a powrotem do domu,
ja pomiędzy kłótnią...
i nagle on, wskazując mi jakieś dwie
siedzące przy sąsiednim stoliku
proponuje byśmy się do tych dwóch przysiedli
a ja mówię
daj mi spokój
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
pomiędzy kłótnią z jedną kobietą,
a rozmową z drugą, która być może także się przerodzi w kłótnię
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
więc rezygnuje
siedzimy w tej knajpie
i rozmawiamy o czymś
o literaturze
być może nawet o kobietach
on się trzyma nieźle,
chociaż jest pijany jak świnia
ja się nieźle trzymam,
chociaż jak świnia trzeźwy jestem
deszcz zaczyna padać
i nagle on, wskazując znowu te dwie
mówi
zobacz, to się nieźle składa
ich dwie, i nas dwóch
dosiądźmy się do nich
a ja mówię
daj mi spokój
nie mam ochoty
jestem dziś w nastroju
nieprzysiadalnym
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
pomiędzy kłótnią z jedną kobietą
a rozmową z drugą
ja nie mam ochoty
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
tak się czasami zdarza
że jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
tak się zdarza zazwyczaj
że jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
siedzę sam przy stoliku
i nie mam ochoty
dosiąść się do was
choć na mnie kiwacie
ja to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
ja proszę pana to pierdolę
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
spierdalaj gnoju!
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym
Marcin Świetlicki

Gra w klasy

Wszystko się powtarza. Dopasowujemy się do zużytych formułek, uczymy się jak idioci już dawno wykutych ról.

Biedna miłość która musi karmić się myśleniem.

Gra w klasy

Jesienna sonata

"Trzeba nauczyć się żyć. Ćwiczę to codziennie. Największym problemem jest to, że nie wiem, kim jestem. Błądzę po omacku. Jeśli ktoś pokocha mnie taką jaka jestem możliwe, że wreszcie odważę się przyjrzeć sobie. Jednak w moim przypadku ta możliwość wydaje się dość odległa."
Ingmar Bergman, "Jesienna sonata"

Jak w zwierciadle

-Tato...Boję się, tato! Gdy siedziałem we wraku, trzymając Karin, rzeczywistość nagle rozsypała się. Rozumiesz, co mam na myśli?
- Rozumiem.
- Rzeczywistość rozpadła się, a ja wypadłem na zewnątrz.To jak sen...Wszystko może się zdarzyć.Wszystko!
- Wiem.
- Nie mogę żyć w tym nowym świecie.
- Możesz. Ale potrzebne ci coś czego mógłbyś się trzymać.
- Co miałoby to być - Bóg? Daj mi jakiś dowód na jego istnienie! Nie możesz.
- Mogę. Ale musisz mnie uważnie słuchać.
- Tak, potrzebuję słuchać.
- Mogę ci tylko dać zaczątek mojej własnej nadziei.To wiedza, że miłość istnieje jako coś rzeczywistego w życiu ludzi.
- I pewnie chodzi o jakiś szczególny rodzaj miłości?
- O każdy rodzaj. O najwyższą, najmniejszą, najbardziej śmieszną, najpiękniejszą. O każdy rodzaj.
- O tęsknotę za miłością?
- Tęsknotę i negację. O niewiarę i ufność.
- Więc miłość miałaby być dowodem?
- Nie wiem czy miłość jest dowodem na istnienie Boga, czy samy Bogiem.
- Dla ciebie miłość i Bóg to to samo?
- Uczepiony tej myśli odpoczywam z bagażem mojej pustki i brudnej nadziei.
- Mów dalej, tato!
- Nagle pustka zamienia się w bogactwo - a beznadzieja w życie.To jak ułaskawienie, Minus...od kary śmierci.
- Tato... jeśli jest tak jak mówisz - to Karin powinna być pod opieką Boga, ponieważ my ją kochamy. Czy to może jej pomóc?
- Sądzę, że tak.
- Tato?
- Nie będzie ci przykro, jeśli pójdę sobie gdzieś na chwilę?- Idź. A ja zrobię obiad.
- Zobaczymy się za godzinę.
- Tata ze mną rozmawiał.
Ingmar Bergman, "Jak w zwierciadle"

Sobota

Boże jaki miły wieczór 
tyle wódki tyle piwa
a potem plątanina 
w kulisach tego raju
między pluszową kotarą
a kuchnią za kratą
czułem jak wyzwalam się
od zbędnego nadmiaru energii
w którą wyposażyła mnie młodość
możliwe
że mógłbym użyć jej inaczej
np. napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek
ale
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
Andrzej Bursa

Pokoje

(Fragment)
Piszę aby zapomnieć zapisuję moje kroki 
Aby zatrzeć po sobie ślady aby
Zagubić się i aby te wersy nie były
Niczym innym jak otwarciem ciszy
Nie usłyszeć więcej tego noża który od zawsze
We mnie pracuje
Serce
Wybaczcie mi że to wam mówię i sprawiam ból ale
Wiem to dobrze
Że cierpienie jest nie do wybaczenia
Ale to na was cierpię bolą mnie ludzie którzy
Nadejdą potem
Ale nie dlatego że tak jest lub będzie się tak wydawać
Bóg który nadejdzie kiedy już nie otworzę
Codziennej gazety z nieszczęściami z całego świata
Widzicie więc że jestem poraniony wszędzie
Już Nigdzie
Nie mam więcej miejsca na rany
Wybaczcie
Nikt nie znajdzie więcej pokojów Domy
Zostaną zburzone bo dzisiaj wiadomo
Jak wyburzać aby nie pozostał nawet ślad
Stopy
Nie tak jak było przed wiekami żaden sen
Faraonów lub geologicznych epok
Wnęka w której ktoś przeżył
O cudowny spokoju który nadejdziesz przychodź
Wielki śmiechu placu gdzie kiedyś żyłem
Wymiećcie zewsząd mój cień i moją słomę wymiećcie
Miłosierne wiatry wymiećcie
Mój oddech i moje słowo
Nie wybudujemy więcej cmentarzy
Nie będzie już więcej żałobnych śpiewów
To będzie koniec każdej barbarii
Och oby niebo było czyste i niewinne powyżej
Naszej nieobecności i naszego czasu
Nigdzie nie będzie zegara
I będzie pięknie
Pięknem tego piękna bez porównania
Gdzie nic nie jest kolorem a jedynie bielą
Płótna Pięknem
Tego piękna bez zmarszczki
I bez chmury Piękno
Z piękna ust ciemności
Dotknięte piękno bełkocącego kieliszka
Tak pięknie będzie umrzeć kiedy nadejdzie
Ten wieczór w końcu umrzeć wreszcie
Moja miłości na śmierć wreszcie wieczór nareszcie
Umrzeć
Wieczór zakwitających głogów na kresach zapachów
I nocy
Głęboki wieczór jak ziemia milknąca
Wieczór tak piękny że wierzyć będę aż do końca
Zasnąć snem z twoich ramion
W kraju bez nazwy bez snów i bez przebudzenia
To miejsce w nas w którym każda rzecz się rozpada
Louis Aragon, "Les chambres"

Przed szybą

Ten starzec
Który drepce Nowym Światem
Mówi
Byłem tobą
A ty
Będziesz mną
Hotel Bristol patrzy na mnie
Szklanym okiem
Pamięta jaki byłem gładki
Kiedy piłem tu kawę z mlekiem
A Krakowskim Przedmieściem
Płynęły lata 70 ubiegłego wieku
Teraz w szybie widzę siebie
Jakby mnie wyjęto
Psu z gardła
Dotykam szkła
Jest
I ja jestem
Coraz bardziej przezroczysty
Tomasz Jastrun

***

Sam na sam trzeba gadać z nocą, 
Szeleścić ciemnym świerków gąszczem,
Splątaną gałąź rozplątywać 
I szeptem odgadywać liście...
Głęboko schylić się nad wodą,
Rękami zróść się z wodorostem
I drzew ramiona beznadziejne
Dzielić i łączyć w plusku fali...
I w splocie czarnych słów i roślin,
W odbiciu gwiazd, w oprzędzie nocy
Ujrzeć swe rysy w lustrze wody:
Piękniejsze... zatarte...
Jarosław Iwaszkiewicz

Heban

Historia jest często produktem bezmyślności. Jest bękartem ludzkiej głupoty, płodem zaćmienia, idiotyzmu i szaleństwa. W takich wypadkach jest robiona przez ludzi, którzy nie wiedzą, co czynią, więcej – nie chcą wiedzieć, odrzucają taką ewentualność z odrazą i gniewem. Widzimy ich, jak zmierzają ku własnej zagładzie, jak sami szykują na siebie wnyki, jak zawiązują sobie pętlę, jak pilnie i wielokrotnie sprawdzają, czy te wnyki i pętle są mocne, czy będą wytrzymałe i skuteczne.
Ryszard Kapuściński , Heban

Mdłości

Ale dla mnie nie ma ani poniedziałku, ani niedzieli: są tylko dni popychające się w bezładzie.
Jean-Paul Sartre, Mdłości

***

Odszedłem tak daleko od siebie 
że już nie umiem nic powiedzieć
na swój temat 
ani co czuję
kiedy moknę na deszczu
ani kiedy zamieniam się
w źdźbło suchej trawy
wypalonej słońcem
nie umiem odnaleźć
samego siebie
opisać tej postaci
nazwać jej
zapewnić
że istnieje
Ryszard Kapuściński

czwartek, 23 kwietnia 2015

Nic

On jest nic
on się nie liczy jego nie ma
może tylko
marynarka
zbyt luźne spodnie
potworne czarne półbuty
mogą wzbudzić odrazę lub politowanie
ale twarz nieważna
ręce nieważne
nieważne oczy i usta
godzinami wyczekuje przed bramą
w nadziei
że znajdzie się po drugiej stronie
ale przecież on jest Nic
więc to wszystko jedno
po której stronie
niczego nie będzie
czytając gazetę
kurczy jak ślimak swoją znikomość
lub nadyma jak paw swoją nicość
mimo że gazety dotyczą rzeczy istniejących
a jego nie ma
mówi
lecz nikt go nie słyszy
dźwięk jego głosu jest nieważny dla ucha ludzkiego
bo on jest nica raczej jego nic nie ma
mimo że jada obiady
mimo spodni i półbutów
mimo że czasami
ma nawet dobry humor.
Andrzej Bursa
Było piękne słońce. Siedziałem na tarasie kawiarni, przyglądałem się czołgom miażdżącym rewoltę i zajadałem truskawkowe ciastko. Trudno wyobrazić sobie wspanialszą chwilę. Wszystko było po prostu doskonałe.
Slavoj Žižek

Pan Cogito na zadany temat: "Przyjaciele odchodzą"

1
Pan Cogito
szczycił się w młodości
niebywałym bogactwem
przyjaciół
jedni za górami
zamożni w talenty i dobra
inni
jak najwierniejszy Władysław
biedni jak mysz kościelna
ale wszyscy
co się zowie
przyjaciele
wspólne gusta
ideały
bliźniacze charaktery
i wówczas
w zamierzchłych czasach
szczęśliwej krwawej młodości
Pan Cogito
miał prawo sądzić
że list z czarną obwódką
donoszący o jego zgonie
dotknie ich
do żywego
przyjadą
z różnych stron
staromodni jak z kalendarza
ubrani
w sztywny smutek
pójdą
z nim
ścieżką
wysypaną kamieniami
pośród
cyprysów
bukszpanów
sosen
i rzucą na pryzmę
mokrego piasku
wiązankę kwiatów
2
z nieubłaganym
biegiem lat
liczba przyjaciół
topniała
odchodzili
parami
grupowo
pojedynczo
jedni bledli jak opłatek
tracili ziemskie wymiary
i gwałtownie
lub wolno
emigrowali
w błękity
inni
wybrali mapy
szybkiej nawigacji
wybrali bezpieczne porty
i odtąd
Pan Cogito
stracił ich
z pola widzenia
Pan Cogito
nie wini za to nikogo
zrozumiał że tak musi być
naturalna kolej rzeczy
(od siebie mógłby dodać
że zanik trwałych uczuć
surowa historia
konieczność jasnych wyborów
decydowały
o rozwodach przyjaźni)
Pan Cogito
nie sarka
nie narzeka
nie wini nikogo
zrobiło się trochę
pustawo
Ale za to jaśniej
3
Pan Cogito
pogodził się łatwo
z odejściem wielu przyjaciół
jakby to było
naturalne prawo
obumierania
zostało jeszcze kilkoro
sprawdzonych przez ogień i wodę
z tymi którzy odeszli
na zawsze
poza mury Cesarstwa Empirii
utrzymuje stosunki żywe
i niezmiernie dobre
stoją za jego plecami
obserwują go bacznie
bezwzględni ale życzliwi
gdyby ich zabrakło
Pan Cogito
spadłby
na dno
opuszczenia
stanowią jakby tło
i z tego żywego tła
Pan Cogito
wysuwa się o pół kroku
nie więcej niż pół kroku
w religii jest na to termin
obcowanie świętych
Pan Cogito
daleki od świętości
dotrzymuje kroku
nieruchomym
a oni są jak chór
na tle tego chóru
Pan Cogito
nuci
swoją arię
pożegnalną
Zbigniew Herbert

Po dwóch godzinach najtęższej pieszczoty...

Po dwóch godzinach najtęższej pieszczoty
Leżymy, oczy zatapiając w ciemność.
Sen łamie ręce i zawala mosty -
Miękkim sztyletem kroi nas na dwoje.
Więc ty odchodzisz w swój sen. Ja do siebie -
Ty małą matkę przytulasz do piersi -
A ja wciąż idę o wodzie i chlebie
W trudne krainy niemilknących wierszy.
Ledwo że oko skryjesz pod powieką,
Już jesteś obca - rzucona daleko...
Stanisław Grochowiak

Jestem niczyj...

Miałem ojca, miałem matkę,
Miałem braci, miałem siostrę,
Miałem też,
Miałem też przyjaciół trzech.
Było dobrze, było źle,
Ale zawsze jakoś było.
Potem ona się zjawiła,
Wszystko dla niej porzuciłem
I kochałem ją, kochałem,
Śmierci nic się nie lękałem,
Potem poszła, luty był,
Już nie żyje ten, co żył.
Nie mam ojca, nie mam matki,
Nie mam braci, nie mam siostry,
Nie mam też (szum wietrze, szum),
Nie mam też przyjaciół już.
Chodzę tu, chodzę tam,
W tłumie ludzi zawsze sam.
Nie mam już nic.
Nie mam już nic.
Ale też nikt mnie nie ma.
Nikt mnie nie ma.
Nikt mnie nie ma.
Nie ma mnie nikt.
Jestem niczyj.
Jestem niczyj.
Jestem niczyj.
Edward Stachura

Ból zasnął

Ból zasnął we mnie już z cicha,
Jak dziecię krzykiem zmęczone;
Łzy na dno duszy kielicha
Spływają niepostrzeżone.
Wszystkie żywota gorycze
Zamknąłem w sercu jak w grobie;
Niech drzemią w nim tajemnicze.
Nie mówiąc światu o sobie.
Lecz jeszcze męczarnia cudza
Łzę wydobywa spod powiek,
Do gorzkiej myśli pobudza
Przybity rozpaczą człowiek.
Jęk, który w ciemnościach słyszę,
Paląca nędzarzów skarga,
Jeszcze przerywa mi ciszę
I żalem pierś moją targa.
A nie tych żal mi najbardziej,
Co cierpią niezasłużenie:
Ci, jako rycerze twardzi,
Znieść mogą każde cierpienie:
Ci, chociaż los ich przygniata,
Chociaż nieszczęścia dłoń kruszy,
Mają współczucie od świata
I spokój własnej swej duszy.
Lecz żal mi tych, którym cięży
Poczucie spełnionej winy,
Co w sercu noszą kłąb węży
I cierpią z własnej przyczyny.
Adam Asnyk
Czy nigdy nie uderzyło Cię, że po jednych ludziach zostaje Ci nuda i właśnie jakby zakalec w głowie, a po innych Ci żwawiej i świat jakiś ciekawszy i godzien uwagi?

S. Mrożek

Ironia

Na każdym miejscu i o każdej dobie 
byłam i będę przy tobie:
każdą myśl twoją, każdą chęć twą truję, 
każdy twój poryw, każdy czyn twój psuję,
jestem twą klątwą, twą klęską żywota
i nic cię nigdy nie wyrwie z mej ręki;
niczym jest strata, ucisk i zgryzota
wobec straszliwej mej męki.
Cokolwiek czujesz, czegokolwiek żądasz,
wszędzie twarz moją oglądasz.
Miłość, braterstwo, poświęcenie, wiara,
szlachetne męstwo i czysta ofiara:
wszystko, co duszy zowie się wzniosłością,
ja moim strasznym naznaczam ci piętnem,
i co ci miało zdawać się Pięknością,
staje się brzydkiem i wstrętnem.
W własnej istocie twej od urodzenia
źródło mojego istnienia.
Bez żadnej winy ni za jaką karą
stałeś się moim łupem i ofiarą.
Niewinnie cierpisz, z Tajemniczej Woli,
z Woli, co rządzi losami człowieka;
wiesz, że cię z rąk mych śmierć kiedyś wyzwoli,
lecz nie wiesz, co za nią czeka?
Tak nawet z twojej godziny śmiertelnej
mój śmiech wyziera piekielny.
Jak zwierzę, węża czarowane wzrokiem,
nie możesz skryć się przed moim widokiem;
na duszy twojej leżę ciężkim głazem,
jak sztylet szpon mój w sercu ciebie boli:
bezskrzydłym ptakiem i skrzydlatym płazem
z mojej nazywasz się woli.
I sam dla siebie jesteś pośmiewiskiem,
losów już będąc igrzyskiem.
Najsroższą męką, jaka cię nawiedza,
jest twa świadomość, twoja samowiedza.
Znasz się, znasz los twój i wiesz, że bez winy
cierpisz z przekleństwa swego Przeznaczenia -
jestem przy tobie od pierwszej godziny
twego ziemskiego istnienia.
Kazimierz Przerwa-Tetmajer

W ciemności do siebie idziemy

W ciemność, nieznaną dokładnie nikomu
Wyszliśmy ze światełkiem wiary z naszych domów.
I tak chcieliśmy żeby się paliło
Żeby w nas było i biło i żyło.
Tak stulaliśmy je czule palcami, że zgasło.
I w ciemności zostaliśmy sami.
W ciemności do siebie idziemy,
Ja niema i ty niemy, i ręce wyciągamy
I znowu się mijamy.
W ciemności tak bolącej jak najjaskrawsze słońce
Z ustami pełnymi mrozu,
Z gardłem ściśniętym powrozem.
Tak wędrujemy latami,
Nieznani, nienazwani, ręce wyciągamy i ręce wyciągamy
Zanim się wreszcie spotkamy,
Dotkniemy palców palcami,
Jakbyśmy chwycili w dłonie po świeczce zapalonej.
Skąd to zmęczenie w nas każdego rana,
Jakby noc każda źle była przespana.
Skąd twarze takie szare, skąd oczy tak stare?
Czemu gonimy tacy zadyszani jakby nam się ta ziemia chwiała pod stopami?
I skąd to, że nie wiemy dokąd tak biegniemy?
Skąd ten krzyk: szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej.
Inaczej padniemy!
W ciemności do siebie idziemy,
Ja niema i ty niemy, i ręce wyciągamy
I znowu się mijamy.
W ciemności tak bolącej jak najjaskrawsze słońce.
Z ustami pełnymi mrozu,
Z gardłem ściśniętym powrozem.
Tak wędrujemy latami,
Nieznani, nienazwani, ręce wyciągamy i ręce wyciągamy
W ciemności tak bolącej jak najjaskrawsze słońce.
Z ustami pełnymi mrozu,
Z gardłem ściśniętym powrozem.
Ernest Bryll

piątek, 17 kwietnia 2015

***

Wyszliśmy szukać prawdy na świecie
A znaleźliśmy papier i śmiecie.
Wyszliśmy składać dla wszystkich słowa,
A każdy teraz jest jak niemowa.
Siedzimy teraz nad stołem brudnym
Kawałek sera butelka piwa
I w stół patrzymy jak w kraj bezludny,
A stół na krzywej nodze się kiwa.
Ja jestem diabeł twój - ty mój diabeł
Bo tyś mnie kusił, ja ci kłamałem,
Ja biłem brawo, tyś klepał brawo,
Aż tylko echo zostało...
Ernest Bryl

czwartek, 16 kwietnia 2015

Utrapienia miłosne

Waszmoście, ależ z was bałwany! 
Za sprawą miłosnego licha,
Z początku każdy zestrachany, 
Potrafi jeno łzawo wzdychać.
Wyznaje wreszcie, co go nęka,
Ona się dąsa, on wciąż swoje,
Jakaż to nuda, co za męka,
Owe sercowe niepokoje!
Wreszcie wzajemność - i tym gorzej,
Teraz dopiero ambarasy,
Bo pani często nie w humorze,
Z rodzinką też niejakie kwasy...
Aha, wszak pozostaje honor,
Honor - radości przeciwieństwo,
I spory - kogo zwyciężono,
Kto komu przyznać ma zwycięstwo!
Zjawia się rywal - znowu bieda,
Wnet popłoch w sercu załomoce,
I zazdrość kąsa, zasnąć nie da,
I niespokojne dni i noce.
Zmoże oboje gra i zwada,
Chcą pocałunku, w nim ucieczki,
Lecz żar zgasł, niesmak się zakrada –
Czyliż gra cała warta świeczki?
Voltaire
przełożyła Jadwiga Dackiewicz

niedziela, 12 kwietnia 2015

Niespotkanie

Nawet nasze niespotkanie
Ma już tylko ślady dawnej urody
Biegnie tym śladem mój pies
Kulejąc na obie nogi

Miejsce gdzie nadaremno czekam
Porosło szczeciną brody
Marszczy się skóra
Nieprzytulonego policzka
Zapach twoich włosów
Osiada kurzem
Na nie narodzonych liściach

Stoję na tej umówionej ulicy
Już tyle lat
I nadal czuję w ustach
Smak niepocałunku

I widzę oczekiwanie które się dłuży
Jak czarna skórzana rękawiczka
Która wypada z okna domu
Gdzie od lat nikt już nie mieszka

Tomasz Jastrun

Zużyte Wszystko

Zużyte wszystko, słów miazga nie cieknie 
I nie spowija grozy dawnych diabłów
Oni się korzą przed wyplutą pestką, 
Tybald się boi Kainów i Ablów.
W uściskach stonóg zaklęta pantera,
Jej cętki świecą różowe i dumne.
Przez trawę pełznie cudowna hetera
Miażdżąc swym brzuchem słowa zbyt rozumne...
Witkacy

Znów muzyka

Znów muzyka: ktoś myśli o nas intensywnie,
Że serce traci pamięć i w inną stronę bije,
I znajomy, choć zawsze niespodziewany, lęk
sprawia, że nasze ciała znów odnajdują się.
I znów przestraszonymi wargami prosisz zręcznie
łaski moich, i leczysz mój przegryziony język.
I swym udom pozwalasz, by rządził nimi strach,
bo wiesz, że gdy zaufasz, sposób Ci wskaże sam.
I znów najpilniej chętna jesteś i najposłuszniej
wierna tej pamięci, którą ofiarowuje
Ci muzyka: wezwanie, by krwią wtórować jej.
I znów nas pozyskała do swoich celów śmierć.
Rafał Wojaczek
I nie wiem nawet, jak się to zrobiło, że się zmieniłem z wilczka w psa wyliniałego
Może smagłości wiatru w mym pysku nie było, nie zezowałem patrząc żółtym okiem w niebo,
Może to odblask strachu, a nie bujny płomień hulał po grzbiecie
Może tej obroży nikt mi nie musiał włożyć, nikt nie przyszedł po mnie,
a ja sam podreptałem, służąc psio i skromnie.
Panie, Ty, co miłujesz nawet pełzające i umiesz wskrzesić dumę w bladej krwi robaczej
Pomóż otworzyć gardło niemo wołające
Zapewnij mnie, że żyję wolny, chociaż płaczę.
Ernest Bryl

Protokół

Zdając sobie sprawę
z własnej winy, ponad wszelką wątpliwość (oklaski)
udowodnionej przez przedmówców, chciałbym
oświadczyć na usprawiedliwienie, mimo (okrzyk: brawo!)
iż takie wykroczenie przeciw wszelkim normom
nie może być (oklaski) usprawiedliwione,
że urodziłem się istotnie, ale
nie z własnej woli i bez złych zamiarów;
ten postępek mi ciążył przez (śmiech, brawa) długie
lata; jak słusznie podkreślono
w dyskusji, nie potrafiłem wyciągnąć
z (oklaski) tego odpowiednich wniosków
i starałem się zatrzeć ślady swego czynu,
ale po (ironiczne sykanie) gruntownym
i szczerym przemyśleniu swej dotychczasowej
postawy, pragnę stanowczo
odciąć się od niej i poprosić o
(śmiech) danie mi jeszcze
jednej szansy (oklaski
przechodzące w owację).
Stanisław Barańczak

ELEGIA CZWARTA, PRZEDWIOSENNA

I znowu się udało. Znów, zimo, niedoczekanie,
pocałuj mnie gdzieś, mrozie, i każ się wypchać, śniegu,
szuflami poza chodnik; przeżyłem was raz jeszcze.

I znowu się udało wziąć was na przeczekanie,
tępogłowe bałwany; znów was zaskoczył świegot
plusowych temperatur, spływajcie stąd nareszcie

strugami, już was nie ma. Przeczekać. Zbyt się dłużą
złe passy i złe czasy. Żyliśmy, by przeczekać
dwie godziny pod sklepem i dwie doby pod kluczem,

dwa miesiące, po których powtarzał każdy urząd,
że czekać dalej i że niczego nie przyrzeka.
Wszystko tak się dłużyło, że coraz było krótsze

życie - i krótkie były chwile, którym się chciało
powiedzieć: Trwaj, do diabła, nawet za cenę duszy;
krótkie jak żart, jak dwuwiersz, stłumione jak rozmowa

z kimś bliskim, w nocy; nikłe jak muzyka za ścianą,
nieważkie jak dwa ciała, porwane w lot nie dłuższy
niż ich jeden zmieszany oddech. I wciąż od nowa

zmęczone dni liczenie: byle do jakiejś wiosny
nieznanej; byle do tej odwilży, tych roztopów,
kiedy odtaje we mnie prowizorka zziębnięta

i zacznę żyć naprawdę; na całego; na oścież
targnę koszulę serca - a tymczasem roztropnie
czekać - trzymać się ciepło - o szaliku pamiętać -

Ale nie ma innego życia. Ten zamrażalnik,
dokąd - aby nas ciepło nie zepsuło zanadto -
upchnięto nas, chowając rzekomo na lepsze dni,

jest tylko najzimniejszą częścią zimnej spiżarni,
do której z rzadka, z zewnątrz, wpadnie ciepło i światło,
gdy Ktoś otworzy - zajrzy - i znów zatrzaśnie drzwi

listopad 1979-czerwiec 1980
Stanisław Barańczak

Szare eminencje zachwytu

Jakże się cieszę,
że jesteś niebem i kalejdoskopem,
że masz tyle sztucznych gwiazd,
że tak świecisz w monstrancji jasności,
gdy podnieść twoje wydrążone
pół-globu
dokoła oczu,
pod powietrze.
Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie,
łyżko durszlakowa!
Piec też jest piękny:
ma kafle i szpary,
może być siwy,
srebrny,
szary – aż senny...
a szczególnie kiedy
tasuje błyski
albo gdy zachodzi
i całym rytmem swych niedokładności
w dzwonach palonych
polanych biało
wpływa w żywioły
obleczeń monumentalnych.
Miron Białoszewski

Wiosna

Serce pęcznieje, nabrzmiewa, 
wesele musuje w ciele,
można oszaleć z radości, 
o, moi przyjaciele!
Od stóp do głowy krąży
potok niepowstrzymany!
Pomyślcie, co się to dzieje!
Jaki to pęd opętany!
Jak bardzo jest! jak wiele!
Jak żywo, zupełnie, cało!
- Chodź, Młoda, do Młodego.
Ojcostwa mi się zachciało!
Julian Tuwim

niedziela, 1 marca 2015

Nerwica w granicach normy

Nie wiem co się ze mną stało,
Nie wiem co się we mnie dzieje,
Jak ktoś ma duszę i ciało,
Podobno ma jeszcze nadzieję.
Panie doktorze, dlaczego tak,
Dlaczego tego mi brak?
Nie przeszkadzam panu, nie?
Przyszłam do pana, jak niejedna,
Pan jest tu po to, by słuchać mnie...
A te firanki to jedwab?
Mam usiąść, czy się położyć?
Nieważne, nie o to chodzi...
Zdrożało, za mało, nie starczy,
Są buty, a nie w tym numerze,
Zmęczona sklepowa coś warczy,
Jaśminy zakwitły na skwerze,
W popychu, w pośpiechu, w zaduchu,
Rajstopy ktoś podarł mi drutem,
Tak jakoś mi nie jest do śmiechu
I smutek i smutek i smutek.
Pan o tym wie, panie psychiatro,
Ten świat mi się zdaje potworny,
Ja wiem w życiu to nie ma tak łatwo,
Nerwica w granicach normy.
Kolejki, kolejki, w kolejkach,
Czy dają, gdzie dają, co dają,
Wśród tłumu, wyprana z rozumu,
Stanęłam, postałam, nie mają,
Kto komu, gdzie komu, do domu,
Mężowie i dzieci czekają,
Kupiłam!
Nie mówcie nikomu...
Powrotny bilet do raju,
Pan o tym wie, panie doktorze,
Kobieta to człowiek odporny,
Jest źle, czy pan na to pomoże?
Nerwica w granicach normy.
Czy to już wszystko, czy jest tak źle,
Czy to nas wszystkich dotyczy,
Czy mam się śmiać, czy ronić łzę,
Wśród tylu obiektywnych przyczyn,
Odnajdę, potrzymam, porzucę,
Mnie takie się żarty trzymają,
Pojadę, pożyję i wrócę,
I z raju przyjadę do kraju.
Mam szukać, odnajdę, porzucę,
Bo życie to flauty i sztormy,
Pojadę, pożyję i wrócę,
Nerwica w granicach normy.
Receptę dostałam od pana,
Doktorze, wystałam, dostałam,
Grzmotnęłam to wszystko do zlewu,
Bez gniewu, doktorze bez gniewu,
To życie jest moje, czy czyje?
Źródlanej się wody napiję,
A wtedy nadziejo mnie prowadź,
Jak trzeba to mogę zwariować.
Przeczekam, doczekam się formy,
Łagodna, liryczna diagnoza
Kliniczna:
Nerwica w granicach normy.
Jonasz Kofta i Jacek Janczarski

sobota, 28 lutego 2015

***

Z pamięci twojej tamten dzień wykreślę, 
By wzrok twój pytał bezradnie zdumiony:
Gdzież ja widziałem takie bzy przy ścieżce
I te jaskółki, i drewniany domek?
O, jakże często wspomnienia twe zmąci
Gwałtowny smutek nienazwanych pragnień
I będziesz szukał po miastach drzemiących
Tamtej ulicy, której nie ma w planie!
Jeśli za drzwiami czyjś głos zaszeleści
Albo list jakiś przypadkiem dostrzeżesz,
Z drżeniem pomyślisz: “To ona nareszcie
Przyszła na pomoc mojej niewierze.”
Anna Achmatowa
przełożyła Irena Piotrowska

Daleko został...

Daleko został cały świat, 
wiatr tylko po uboczy
nagiej, pożółkłej, o szarych mchach, 
jęczące skrzydła włóczy
Nie przyszła tutaj ze mną wraz
pamięć ni myśl niczyja,
tylko tęsknota, co dusze rwie,
tęsknota, co zabija.
Kazimierz Przerwa-Tetmaje

piątek, 27 lutego 2015

Przez turnie, pustki...

Przez turnie, pustki wiatr ściga mgły,
Ściga niechwytne nad wodną toń — —
O serce ludzkie, ścigaj swe sny,
Przez turnie, pustki je goń.
Ścigaj niechwytne twoje sny-mgły,
Aż cię ból zdejmie i żal i gniew,
Goń je, aż z ciebie wytrysną łzy,
Wytrysną łzy, wytryśnie krew...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Do nadziei

Wyciągnij twe urękawicznione łapki, nadziejo gorzka.
Zapalasz zapałkę: ogrzej się. Wystarczy.
Potem popatrzymy na nasze twarze
i pomyślimy: jak też
się zmieniły.
Wierzyliśmy
w siebie wzajemnie. Widzisz, nie należy.
Wyciągnij twe zmarznięte rączki,
nadziejo.
Na nic. Zapałka gaśnie.
Julio Cortázar
tłum. Zofia Chądzyńska

wtorek, 24 lutego 2015

Nie wiem

Nie zrozumiem nigdy, nie nazwę
żadnej rzeczy z daleka ni z bliska.
Rozdeptałem słowa na miazgę,
okrwawiłem sercem i ciskam.

Nie wypowiem nic, nie wyśpiewam,
ani nocy, ni gwiazd nie zliczę.
Opętany bólem i gniewem,
gniewem płonę i bólem krzyczę.

Wiem, że nigdy poznać nie zdołam,
jaka moc mnie usidla i dręczy,
torturuje słonecznym kołem
i zakuwa obręczą tęczy.

Trzeba wyrwać się, trzeba odejść,
trzeba biec, uchodzić przed klęską!
Jak odnaleźć radość i młodość,
gdzież jest miłość, miłość zwycięska?

Władysław Broniewski

Wypełnić czytelnym pismem

Urodzony? (tak, nie; niepotrzebne 
skreślić); dlaczego "tak" ? (uzasadnić); gdzie 
kiedy, po co, dla kogo żyje? z kim się styka 
powierzchnią mózgu, z kim jest zbieżny 
częstotliwością pulsu? krewni za granicą 
skóry? (tak, nie); dlaczego 
"nie"? (uzasadnić); czy się kontaktuje 
z prądem krwi epoki? (tak, nie); czy pisuje listy do 
samego siebie? (tak, nie); czy korzysta
z telefonu zaufania (tak,
nie); czy żywi
i czym żywi nieufność? skąd czerpie
środki utrzymania w ryzach
nieposłuszeństwa? czy jest
posiadaczem majątku
trwałego lęku? znajomość obcych
ciał i języków? ordery, odznaczenia,
piętna? stan cywilnej odwagi? czy zamierza
mieć dzieci (tak, nie); dlaczego
"nie"?

Stanisław Barańczak

JA

Napiętych myśli złamany łuk
Marzenia, które ciało męczą.
Śpię w cembrowinie twoich nóg
Pod oczu twych zieloną rzęsą.

Nic się nie zmieni. Przejdą noce
Zatrzaśnie dzień, jak szczęka wilcza.
A potem tylko białe oczy
I jeszcze ciszej będę milczał.

Herbert Zbigniew

Tłum, który tłumi i tłumaczy

Tłum, który tłumi i tłumaczy; 
który tupotem i tępą głuchotą, 
stłoczony w autobusach i tunelach, tłumi 
słabiutkie tętno sensu, stukające w czaszce, 
ale który tłumaczy ten ulotny puls 
na nieodwołalną mowę 
swej tłumnej samotności; 
tłum, który, choć nie daje mi się wytłumaczyć 
i tłumi każde słowo, kładąc mi na ustach
dłoń wspólnego milczenia,
jednak w moje tętnice tłoczy wspólną krew,
czarną,
na oczyszczenie czekającą, wciąż
tłukącą głuchym mrokiem w mur komory serca;
ten tłum, który tratując i dusząc, zarazem
ogarnia swym uściskiem, tchem napełnia płuca
i, niewytłumaczalny, jest wytłumaczony

Stanisław Barańczak

sobota, 21 lutego 2015

Następny do raju

wszystko, co chcesz, alby tylko wyrwać się z tej pustki. tu za dużo czasu na myślenie, a to się dla człowieka zawsze źle kończy. 

Marek Hłasko, "Następny do raju"

Hiroshima, mon amour

Obejmie mnie. Pocałuje mnie. Pocałuje mnie i będę stracona. Spotykam cię. Pamiętam cię. To miasto zostało stworzone do miłości. Pasujesz do mojego ciała jak rękawiczka. Kim jesteś? Niszczysz mnie. Pragnęłam niewierności, cudzołóstwa, kłamstw i śmierci. Zawsze pragnęłam. Nie wątpiłam, że kiedyś się pojawisz. Czekałam na ciebie w spokoju, z bezgraniczną niecierpliwością. Pochłoń mnie. Zdeformuj mnie jak zechcesz, tak, by nikt po tobie nigdy już nie zrozumiał powodu takiego pragnienia. Będziemy sami, kochany. Noc się nigdy nie skończy. Dzień nigdy już nie wstanie dla nikogo. Nigdy więcej. Nareszcie. Wciąż mnie niszczysz. Jesteś dla mnie dobry. Będziemy żałować dnia, który minął z czystym sumieniem i dobrą wolą. Nic więcej nie będziemy mogli zrobić tylko żałować dnia, który minął. Czas będzie płynął. Jedynie czas. I przyjdzie taki czas kiedy nie będziemy w stanie nazwać tego, co nas łączy. To co nas łączyło stopniowo zniknie z naszej pamięci zupełnie.

Hiroshima, mon amour, reżyseria Alain Resnai
Nie, nie możesz teraz odejść 
Kiedy cała jestem głodem 
Twoich oczu, dłoni twych 
Mów, powiedz, że zostaniesz jeszcze 
Nim odbierzesz mi powietrze 
Zanim wejdę w wielkie nic
Nie, nie możesz teraz odejść 
Jestem rozpalonym lodem 
Zrobię wszystko, tylko bądź 
Bądź, zostań jeszcze chwilę, moment 
Płonę, płonę, płonę, płonę...
Zimnym ogniem czarnych słońc

Nie, nie możesz teraz odejść
Popatrz listki takie młode
Nim jesieni rdza i śmierć
Bądź - proszę cię na rozstań moście
Nie zabijaj tej miłości
Daj spokojnie umrzeć jej

Jonasz Kofta

Następny do raju

-Trzeba żyć, kochani - powiedział Dziewiątka - Trzeba żyć i cieszyć się, i płakać, i przeklinać, i diabli jeszcze wiedzą co robić, ale nie wolno wspominać. 

Marek Hłasko, Następny do raju

Ja, kiedy usta...

Ja, kiedy usta ku twym ustom chylę
Nie samych zmysłów szukam upojenia,
Ja chcę, by myśl ma omdlała na chwilę,
Chcę czuć najwyższą rozkosz — zapomnienia...

Namiętny uścisk zmysły moje strudził — —
Czemu ty patrzysz z twarzą tak wylękłą?
Mnie tylko żal jest, żem się już obudził,
I że mi serce przed chwilą nie pękło.

Błogosławiona śmierć, gdy się posiada
Czego się pragnie nad wszystko goręcej,
Nim twarz przesytu pojawi się blada,
Nim się zażąda i znowu i więcej...

Daremne żale

Daremne żale - próżny trud,
Bezsilne złorzeczenia!
Przeżytych kształtów żaden cud
Nie wróci do istnienia.

Świat wam nie odda, idąc wstecz,
Znikomych mar szeregu -
Nie zdoła ogień ani miecz
Powstrzymać myśli w biegu.

Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe...
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę.

Wy nie cofniecie życia fal!
Nic skargi nie pomogą -
Bezsilne gniewy, próżny żal!
Świat pójdzie swoją drogą.