„O gdybym mógł ujmować wszystko, co się dzieje, w związki funkcjonalne, a nie przyczynowe“, pomyślał z zazdrością w stosunku do jakiegoś nieznanego i niewyobrażalnego nawet pana, który przypuszczalnie tak właśnie wszystko ujmował. „Nie rozdzielać niczego na ordynarne kompleksy przyczyn i skutków, nie widzieć małych celowostek — czuć płynącą falę rozkoszy i cierpienia w splątanych pokłębieniach całości Istnienia, w nieskończonem zazębieniu wszystkiego ze wszystkiem, graniczącem z Niebytem, z Absolutną Nicością. Psychologja ameby jednem słowem...“
Stanisław Ignacy Witkiewicz,
sobota, 27 września 2014
*** (Jestem za blisko...)
Jestem za blisko, żeby mu się śnić.
Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu
pod korzeniami drzew. Jestem za blisko.
Nie moim głosem śpiewa ryba w sieci.
Nie z mego palca toczy się pierścionek.
Jestem za blisko. Wielki dom się pali
beze mnie wołającej ratunku. Za blisko,
żeby na moim włosie dzwonił dzwon.
Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,
przed którym rozsuwają się ściany.
Już nigdy po raz drugi nie umrę tak lekko,
tak bardzo poza ciałem, tak bezwiednie,
jak niegdyś w jego śnie. Jestem za blisko,
za blisko. Słyszę syk
i widzę połyskliwą łuskę tego słowa,
znieruchomiała w objęciu. On śpi,
w tej chwili dostępniejszy widzianej raz w życiu
kasjerce wędrownego cyrku z jednym lwem
niż mnie leżącej obok.
Teraz to dla niej rośnie w nim dolina
rudolistna, zamknięta ośnieżona górą
w lazurowym powietrzu. Ja jestem za blisko,
żeby mu z nieba spaść. Mój krzyk
mógłby go tylko zbudzić. Biedna,
ograniczona do własnej postaci,
a byłam brzozą, a byłam jaszczurką,
a wychodziłam z czasów i atłasów
mieniąc się kolorami skór. A miałam
łaskę znikania sprzed zdumionych oczu,
co jest bogactwem bogactw. Jestem blisko,
za blisko, żeby mu się śnić.
Wysuwam ramię spod głowy śpiącego,
zdrętwiałe, pełne wyrojonych szpilek.
Na czubku każdej z nich, do przeliczenia,
strąceni siedli anieli.
Wisława Szymborska
Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu
pod korzeniami drzew. Jestem za blisko.
Nie moim głosem śpiewa ryba w sieci.
Nie z mego palca toczy się pierścionek.
Jestem za blisko. Wielki dom się pali
beze mnie wołającej ratunku. Za blisko,
żeby na moim włosie dzwonił dzwon.
Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,
przed którym rozsuwają się ściany.
Już nigdy po raz drugi nie umrę tak lekko,
tak bardzo poza ciałem, tak bezwiednie,
jak niegdyś w jego śnie. Jestem za blisko,
za blisko. Słyszę syk
i widzę połyskliwą łuskę tego słowa,
znieruchomiała w objęciu. On śpi,
w tej chwili dostępniejszy widzianej raz w życiu
kasjerce wędrownego cyrku z jednym lwem
niż mnie leżącej obok.
Teraz to dla niej rośnie w nim dolina
rudolistna, zamknięta ośnieżona górą
w lazurowym powietrzu. Ja jestem za blisko,
żeby mu z nieba spaść. Mój krzyk
mógłby go tylko zbudzić. Biedna,
ograniczona do własnej postaci,
a byłam brzozą, a byłam jaszczurką,
a wychodziłam z czasów i atłasów
mieniąc się kolorami skór. A miałam
łaskę znikania sprzed zdumionych oczu,
co jest bogactwem bogactw. Jestem blisko,
za blisko, żeby mu się śnić.
Wysuwam ramię spod głowy śpiącego,
zdrętwiałe, pełne wyrojonych szpilek.
Na czubku każdej z nich, do przeliczenia,
strąceni siedli anieli.
Wisława Szymborska
Gra
"Ty masz tendencję do poruszania się w ciągłości, podczas gdy ja jestem uwrażliwiony na zwrotną niestałość egzystencji."
"Jeśli komuś naprawdę na czymś zależy, wszystko się prawidłowo zazębia. Jedyną fałszywą rzeczą jest analiza."
J. Cortazar, Gra w klasy
"Jeśli komuś naprawdę na czymś zależy, wszystko się prawidłowo zazębia. Jedyną fałszywą rzeczą jest analiza."
J. Cortazar, Gra w klasy
czwartek, 25 września 2014
Szaleństwo
Dawno umarło już marzenie,
Że coś się jeszcze stanie z nami.
Jak żongler ślepy na arenie.
Bawię się nożem i lampami.
Zbyt już męcząco, zbyt już długo
Kazałaś czekać, biała chusto,
Wszak okupiłem ci się drogo:
Patrzyłem co dzień w białe lustro,
Lękam się, trwożę, ale w głębi
Mam coś, co czeka na twe przyjście,
I gdy się wir zapełni, skłębi,
Uciszę serce uroczyście.
Fanfarą ciemni i obłędu
Powrotu słodką chwilę sławię —
Już mnie bezwolnie niosą prawie
Fal aksamity, miękki żar,
Ukryty potok, gwar rozpędu,
Co mnie z cezury trampoliny
Do góry niesie i podbija.
Wierszem jak piłką tak się bawię
I strofa gnie się, w ręku zwija,
Ze słów cięciwy ciska grot!
Gdy lot ukrywam w kłęby dymu,
Na ostry miecz męskiego rymu
Siadam i znów jak dziki kot
Gibko przysiadam i znajduję
Sam punkt ciężkości,
Piorunem padam w biały lot!
W rytmiczny pęd!
Aż do utraty przytomności.
Już nie mam więzów, nie mam pęt!
Lekko szarfa mnie twoja połaskocze
I aksamit białego kolana.
Będziesz moje rozjaśniała noce.
Razem z tobą się płynnie położę
Pod baldachim płaczących rzęs,
W łożu wielkim z czarnego mahoniu
Na rue Monsieur le Prince.
Poznam dawne malutkie radości,
Co olbrzymie się zrobią stokrotnie,
I jak Dante cię spotkam na moście,
I rozpacze przeminą ostatnie.
Mękę życia obłok zasłoni,
Obłok mały jak chustka do nosa.
Siwe włosy przyczeszę na skroni
I kapelusz nałożę z ukosa.
I gdy znów przyjdzie fala przerażeń,
I gdy wróci dławiące nieszczęście,
Ludzie siecią podstępnych rozważań
Piersi, usta oplotą i pięście.
W dzień deszczowy, wilgotny, gorący
Wielkim krzykiem wywikłam się z matni!
Na ulicę wybiegnę drżąc,
W sztuczne róże ubrany i kwiatki.
I usłyszę z tryumfem ostatni
Krzyk przestraszonej służącej
I płacz matki.
Antoni Słonimski
Że coś się jeszcze stanie z nami.
Jak żongler ślepy na arenie.
Bawię się nożem i lampami.
Zbyt już męcząco, zbyt już długo
Kazałaś czekać, biała chusto,
Wszak okupiłem ci się drogo:
Patrzyłem co dzień w białe lustro,
Lękam się, trwożę, ale w głębi
Mam coś, co czeka na twe przyjście,
I gdy się wir zapełni, skłębi,
Uciszę serce uroczyście.
Fanfarą ciemni i obłędu
Powrotu słodką chwilę sławię —
Już mnie bezwolnie niosą prawie
Fal aksamity, miękki żar,
Ukryty potok, gwar rozpędu,
Co mnie z cezury trampoliny
Do góry niesie i podbija.
Wierszem jak piłką tak się bawię
I strofa gnie się, w ręku zwija,
Ze słów cięciwy ciska grot!
Gdy lot ukrywam w kłęby dymu,
Na ostry miecz męskiego rymu
Siadam i znów jak dziki kot
Gibko przysiadam i znajduję
Sam punkt ciężkości,
Piorunem padam w biały lot!
W rytmiczny pęd!
Aż do utraty przytomności.
Już nie mam więzów, nie mam pęt!
Lekko szarfa mnie twoja połaskocze
I aksamit białego kolana.
Będziesz moje rozjaśniała noce.
Razem z tobą się płynnie położę
Pod baldachim płaczących rzęs,
W łożu wielkim z czarnego mahoniu
Na rue Monsieur le Prince.
Poznam dawne malutkie radości,
Co olbrzymie się zrobią stokrotnie,
I jak Dante cię spotkam na moście,
I rozpacze przeminą ostatnie.
Mękę życia obłok zasłoni,
Obłok mały jak chustka do nosa.
Siwe włosy przyczeszę na skroni
I kapelusz nałożę z ukosa.
I gdy znów przyjdzie fala przerażeń,
I gdy wróci dławiące nieszczęście,
Ludzie siecią podstępnych rozważań
Piersi, usta oplotą i pięście.
W dzień deszczowy, wilgotny, gorący
Wielkim krzykiem wywikłam się z matni!
Na ulicę wybiegnę drżąc,
W sztuczne róże ubrany i kwiatki.
I usłyszę z tryumfem ostatni
Krzyk przestraszonej służącej
I płacz matki.
Antoni Słonimski
Dzikie wino
Dzikie wino obrasta okien moich story,
Co rano szare niebo znowu się powtarza,
Cicho jest i spokojnie, jak się czasem zdarza,
Gdy w mieszkaniu ktoś leży uprzykrzenie chory.
Wdzięczą się do mnie ranki, noce i wieczory,
Krwią zachodu mnie niebo złociste obdarza,
Co się w rosę pocieszeń i we mgłę przetwarza,
Kiedy znów jestem cierpieć i znów szaleć skory.
Jesteś mi, o Naturo, jak kochanka owa,
Co mnie słodyczą oczu zwiodła i ust czarem,
A potem mnie poiła współczucia nektarem,
Na rozedrgane usta kładąc zimne słowa.
Czymże jest, o Naturo, twych pocieszeń mowa
Wobec żądz, które budzisz twym mrocznym obszarem.
Antoni Słonimsk
Co rano szare niebo znowu się powtarza,
Cicho jest i spokojnie, jak się czasem zdarza,
Gdy w mieszkaniu ktoś leży uprzykrzenie chory.
Wdzięczą się do mnie ranki, noce i wieczory,
Krwią zachodu mnie niebo złociste obdarza,
Co się w rosę pocieszeń i we mgłę przetwarza,
Kiedy znów jestem cierpieć i znów szaleć skory.
Jesteś mi, o Naturo, jak kochanka owa,
Co mnie słodyczą oczu zwiodła i ust czarem,
A potem mnie poiła współczucia nektarem,
Na rozedrgane usta kładąc zimne słowa.
Czymże jest, o Naturo, twych pocieszeń mowa
Wobec żądz, które budzisz twym mrocznym obszarem.
Antoni Słonimsk
czwartek, 18 września 2014
Życie to nie teatr
Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;
Maski coraz inne, coraz mylne się zakłada;
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.
To jest gra!
Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam;
Życie to nie tylko kolorowa maskarada;
Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest;
Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć!
Ty i ja - teatry to są dwa!
Ty i ja!
Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle.
Bo ty grasz!
Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz kaleką nie ja jestem, tylko ty!
Dzisiaj bankiet u artystów, ty się tam wybierasz;
Gości będzie dużo, nieodstępna tyraliera;
Flirt i alkohole, może tańce będą też,
Drzwi otwarte zamkną potem się.
No i cześć!
Wpadnę tam na chwilę, zanim spuchnie atmosfera;
Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram;
Wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb;
Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz.
Ty i ja - teatry to są dwa.
Ty i ja!
Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
I niezaraźliwy wcale jest twój śmiech.
Bo ty grasz!
Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz gdy śmieje się, to wkrąg się śmieje świat!
Edward Stachura
Maski coraz inne, coraz mylne się zakłada;
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.
To jest gra!
Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam;
Życie to nie tylko kolorowa maskarada;
Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest;
Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć!
Ty i ja - teatry to są dwa!
Ty i ja!
Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle.
Bo ty grasz!
Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz kaleką nie ja jestem, tylko ty!
Dzisiaj bankiet u artystów, ty się tam wybierasz;
Gości będzie dużo, nieodstępna tyraliera;
Flirt i alkohole, może tańce będą też,
Drzwi otwarte zamkną potem się.
No i cześć!
Wpadnę tam na chwilę, zanim spuchnie atmosfera;
Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram;
Wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb;
Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz.
Ty i ja - teatry to są dwa.
Ty i ja!
Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
I niezaraźliwy wcale jest twój śmiech.
Bo ty grasz!
Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz gdy śmieje się, to wkrąg się śmieje świat!
Edward Stachura
Jesień
Zanurzać zanurzać się
w ogrody rudej jesieni
i liście kolejno
jakby godziny istnienia
Chodzić od drzewa do drzewa
od bólu i znowu do bólu
cichutko krokiem cierpienia
by wiatru nie zbudzić ze snu
I liście zrywać bez żalu
z uśmiechem ciepłym i smutnym
a mały listek ostatni
zostawić komuś i umrzeć
Edward Stachura
w ogrody rudej jesieni
i liście kolejno
jakby godziny istnienia
Chodzić od drzewa do drzewa
od bólu i znowu do bólu
cichutko krokiem cierpienia
by wiatru nie zbudzić ze snu
I liście zrywać bez żalu
z uśmiechem ciepłym i smutnym
a mały listek ostatni
zostawić komuś i umrzeć
Edward Stachura
środa, 17 września 2014
H
Każda potworność wymusza na Hortensji okrutne gesty. Jej samotność jest erotyczną mechaniką; jej zmęczenie — dynamiką miłosną. Przez wiele epok była gorliwą higieną ras pod nadzorem dzieciństwa. Jej wrota stoją otworem przed nędzą. Moralność współczesnych istot odcieleśnia się tam w jej namiętności albo w jej działaniu. — O straszliwy dreszczu niedoświadczonych kochanków na krwawej ziemi, w świetlistym wodorze! znajdźcie Hortensję.
Arthur Rimbaud
Arthur Rimbaud
Noc
Kojąca boleść poświaty miesięcznej
Pada na pola jak litość na smutki.
Żal cichy, własnej bezsilności wdzięczny,
W mgieł znieczulenie wnika na sen krótki.
Zroszone pole białej koniczyny
Słodko roztapia się w zapach wilgotny,
Jak się w chłód wspomnień zmienia żar godziny
Szczęścia, przeżytej dawno, niepowrotnej.
W znieruchomiałych brzóz srebrnych konarach
Ogłuchła cisza wije gniazda ciemne.
Po rozpłynionych błąka się bezmiarach
Serce jak oddal zgubione, nadziemne.
Patrzmy w niebiosa, duszo. A gdy spadnie
Gwiazda z błękitów, będziem śnić w obłędzie,
Że to ostatnia nadzieja gdzieś na dnie
Zgasła i nigdy mamić już nie będzie.
Leopold Staff
Pada na pola jak litość na smutki.
Żal cichy, własnej bezsilności wdzięczny,
W mgieł znieczulenie wnika na sen krótki.
Zroszone pole białej koniczyny
Słodko roztapia się w zapach wilgotny,
Jak się w chłód wspomnień zmienia żar godziny
Szczęścia, przeżytej dawno, niepowrotnej.
W znieruchomiałych brzóz srebrnych konarach
Ogłuchła cisza wije gniazda ciemne.
Po rozpłynionych błąka się bezmiarach
Serce jak oddal zgubione, nadziemne.
Patrzmy w niebiosa, duszo. A gdy spadnie
Gwiazda z błękitów, będziem śnić w obłędzie,
Że to ostatnia nadzieja gdzieś na dnie
Zgasła i nigdy mamić już nie będzie.
Leopold Staff
sobota, 13 września 2014
*** (O! jak strasznie się wloką te długie godziny)
O! jak strasznie się wloką te długie godziny,
O! jak dzień pełen trwogi. O! jak noc milcząca.
Do dania mam tak wiele — połowę mej winy,
A dłoń mi ją kochana ze wzgardą odtrąca.
Lecz wierzę, że jak wszystko i miłość się znuży,
Jak dzieciństwo mgłą wspomnień zasnuje błękitną,
Gdzieś w kącie utkwi serca, jak kolec od róży,
Bolesne przypomnienie, że kwiaty gdzieś kwitną.
Jan Lechoń
O! jak dzień pełen trwogi. O! jak noc milcząca.
Do dania mam tak wiele — połowę mej winy,
A dłoń mi ją kochana ze wzgardą odtrąca.
Lecz wierzę, że jak wszystko i miłość się znuży,
Jak dzieciństwo mgłą wspomnień zasnuje błękitną,
Gdzieś w kącie utkwi serca, jak kolec od róży,
Bolesne przypomnienie, że kwiaty gdzieś kwitną.
Jan Lechoń
piątek, 12 września 2014
*** (Pytasz, co w moim życiu)
Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzecz główną,
Powiem ci: śmierć i miłość — obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej — modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.
Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, a ludzkość wydała,
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.
Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci,
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia —
I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.
Jan Lechoń
Powiem ci: śmierć i miłość — obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej — modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.
Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, a ludzkość wydała,
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.
Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci,
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia —
I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.
Jan Lechoń
Sprzeczka
Już zimny dzień jesienny zaczyna omdlewać
I w myślach szukam kształtu twej drogiej postaci,
I ból, co mną nurtuje, wszechwładną moc traci.
Pójdziemy do ogrodu. Nie warto się gniewać.
Patrz, księżyc nad jezioro zza chmury wypływa,
W milczeniu stoi ogród jak mlekiem oblany,
I tylko czasem, z trzaskiem pękają kasztany.
Wsłuchujemy się w tę ziemię; jest chyba szczęśliwa.
W akacje płynie fala zimnego przewiewu -
Ach, niechaj nas przepływa, ach, niechaj w nas wieje
I niechaj nas oczyszcza, jak z liści aleje -
Nas, ślepych na swą miłość, pobladłych od gniewu
Jan Lechoń
I w myślach szukam kształtu twej drogiej postaci,
I ból, co mną nurtuje, wszechwładną moc traci.
Pójdziemy do ogrodu. Nie warto się gniewać.
Patrz, księżyc nad jezioro zza chmury wypływa,
W milczeniu stoi ogród jak mlekiem oblany,
I tylko czasem, z trzaskiem pękają kasztany.
Wsłuchujemy się w tę ziemię; jest chyba szczęśliwa.
W akacje płynie fala zimnego przewiewu -
Ach, niechaj nas przepływa, ach, niechaj w nas wieje
I niechaj nas oczyszcza, jak z liści aleje -
Nas, ślepych na swą miłość, pobladłych od gniewu
Jan Lechoń
Sonet
Już północ — cień ponury pół świata okrywa,
A jeszcze serce zmysłom spoczynku nie daje,
Myśl za minionym szczęściem gonić nie przestaje,
Westchnienie po westchnieniu z piersi się wyrywa.
A choć znużone ciało we śnie odpoczywa,
To myśl znów ulatuje w snów i marzeń kraje,
Goni za marą, której szczęściu niedostaje,
A dusza przez sen nawet drugiej duszy wzywa.
Jest kwiat, co się otwiera pośród nocy cienia
I spogląda na księżyc, i miłe tchnie wonie,
Aż póki nie obaczy jutrzenki promienia.
Jest serce, co się kryjąc w zakrwawionym łonie,
W nocy tylko oddycha, w nocy we łzach tonie,
A w dzień pilnie ukrywa głębokie cierpienia.
Juliusz Słowacki
A jeszcze serce zmysłom spoczynku nie daje,
Myśl za minionym szczęściem gonić nie przestaje,
Westchnienie po westchnieniu z piersi się wyrywa.
A choć znużone ciało we śnie odpoczywa,
To myśl znów ulatuje w snów i marzeń kraje,
Goni za marą, której szczęściu niedostaje,
A dusza przez sen nawet drugiej duszy wzywa.
Jest kwiat, co się otwiera pośród nocy cienia
I spogląda na księżyc, i miłe tchnie wonie,
Aż póki nie obaczy jutrzenki promienia.
Jest serce, co się kryjąc w zakrwawionym łonie,
W nocy tylko oddycha, w nocy we łzach tonie,
A w dzień pilnie ukrywa głębokie cierpienia.
Juliusz Słowacki
Subskrybuj:
Posty (Atom)
