niedziela, 29 grudnia 2013

To chyba wszystko...

To chyba wszystko, dumna panienko,
wszystkom uczynił, czegoś pragnęła:
trochę płakałem, niewiele, maleńko...

A płacz właściwie był rzewną piosenką,
bo choć sądziłaś, żeś mną owładnęła,
kochałem trochę, niewiele, maleńko...

Ot, tyle tylko aby mieć pod ręką
szczyptę tęsknoty do tęsknego dzieła,
tkliwości trochę, niewiele, maleńko...

A dzisiaj wszystko dla innego wzięłaś,
wszystkiego trochę, niewiele, maleńko...


Stanisław Grochowiak

piątek, 27 grudnia 2013

Więc można kochać...



Więc można kochać i nie wiedzieć o tem?
Po przypadkowym, najkrótszym spotkaniu
Dłoń sobie wzajem podać w pożegnaniu
I w dusz spokoju odejść - z bezpowrotem...

Lecz już nazajutrz, ledwo po rozstaniu,
W dzień ów zabłądzić pamięci przelotem
I stając, jakby przed czemś cudnem, złotem,
Uczuć się nagle sercem - na wygnaniu!

I odtąd wracać wstecz, wciąż i na próżno,
Przesiewać przeszłość wspomnienia przetakiem,
By coś w niej znaleźć, co było żywotem!

Lecz smęt mży jeno szarym suchym makiem,
Jak proch w klepsydrze, co szemrze: "Za późno!..."
Ach, można kochać i nie wiedzieć o tem!


Leopold Staff

czwartek, 26 grudnia 2013

*** (Odeszli od siebie z powodu nieustaleń...)

Odeszli od siebie z powodu nieustaleń
Zgubili adresy i zapomnieli twarzy
Wracali do wspomnień co najwyżej z uśmiechem
Po którejś tam wódce kiedy robi się gorzko

Nie - ani ich pociąg ani też katastrofa
Ani deszcz też nie złączył To było bezpowrotne
To że bardzo kiedyś z powodu nieustaleń
Odeszli od siebie na dwa bieguny mostu


Grochowiak Stanisław

Krzyk

        Przytłoczon ciszą i bezczynem,
        Jestem jak smutny w zmierzchów mroczy,
        Jak bym się upił ciemnym winem
        I słodkie twe przypomniał oczy.

        Z ciemnością patrzą przerażone,
        Jak bajki snute w wieczór próżny.
        Chcą ciche być, a są szalone,
        Jak w ćmie puszczyka śmiech złowróżbny.

        Ach, smutny-m jest jak las północą,
        Gdzie się powiesił zbrodniarz blady,
        A pręty nagich drzew łopocą
        I lis się zwleka na wywiady.

        Precz, precz! Kto rzekł ci, że litości
        Sumieniu memu twojej trzeba!
        Że wyrzut ciężki we mnie gości
        I że innego nie znam chleba!

        Czemu mnie ścigasz przebaczeniem!
        Szczędź swej litości zbyt rozrzutnej!
        Najgłębszy smutek jest milczeniem,
        A skoro krzyczę tak, czym smutny?


Leopold Staff

Kilka słów

Tak źle, tak głupio mi dzisiaj, jak nigdy jeszcze nie było -
wciąż jakieś "wczoraj" wspominam, które się nigdy nie wróci,
wciąż "jutra" czekam złotego, co mi się kiedyś wyśniło,
a wiem, że jutro nadejdzie i tak jak dziś mnie zasmuci...

Tak źle mi dzisiaj i smutno; - coraz smutniej już co dzień...
czegoż i kogoż ja szukam, łażąc z rękami w kieszeni? -
ludziom zaglądam do oczu? - ot - głupi miejski przechodzeń:
szukam przyjaznych uśmiechów w złych, obojętnych spojrzeniach.

Niechże już przyjdzie ta wiosna z jałmużną kwiatów pachnących,
niechże już coś się odmieni, niech już coś się ze mną stanie!
Serce mam pełne płomieni i skier żarkich i tlących,
i dręczę się, wciąż czekając na wielkie, wielkie kochanie.


Władysław Broniewski

środa, 25 grudnia 2013

Żal

Gdy cię spotkałem po raz pierwszy
mokre pachniały kasztany
zbyt długo mi w oczy patrzyłaś
okropnie byłem zmieszany
Pod mokre płaty gałęzi
szedłem za tobą w krok
serce me trzymał w uwięzi
twój fiołkowy wzrok
Dawno zużyte słowa
wróciły do mnie znów
i zrozumiałem od nowa
znaczenie prostych słów
I tak się jakoś stało
że bez tak pachniał jak bez
i słowo pachnieć pachniało
i łzy były pełne łez
Tęsknota słowo zużyte
otwarło mi swoją dal
jak różne są rzeczy ukryte
w króciutkim wyrazie: żal

Antoni Słonimski

Wszystko

Oddać ci wszystko: każdy sen i drgnienie,
Każdy nerw ciała, każdy ruch i krok!
Przeszłość - to tylko o tobie wspomnienie,
Przyszłość - to tylko twój najświętszy wzrok!

Oddać ci wszystko, każde pulsu tętno
I grosz ostatni, i ostatek sił,
Trwonić dla ciebie swą młodość namiętną
Znaczyć ci drogę - krwią serdeczną z żył!

Zaprzeć się! Bluźnić! Z Judaszem paktować!
Żwir na twej drodze w miękki piasek gryźć!
Natchnioną wiarą zakrzyczeć: "Ach prowadź!"
Gdy mi na własną zgubę każesz iść!

A potem - oddać ci ostatnie tchnienie
Skonać spokojnie, wiernie u twych nóg
I wstecz spojrzawszy wierzyć niewzruszenie,
Że tak - za Ciebiem tylko umrzeć mógł.

Julian Tuwim

wtorek, 24 grudnia 2013

Uwaga dramat!

Mały szary człowiek
taki szary jak poniedziałek po niedzieli
szary jak szara mysz na szarym polu
dowolnie sortowany
magazynowany i sprzedawany
hurtownie
oraz krążący w obiegu detalicznie
jako jeden z detali
ogromnej sumy
identycznych detali
detal właściwie zbędny
o wiele bardziej zbędny
od cyfry pod którą jest zapisany
zapłonął wielką miłością.

Andrzej Bursa
Kwiaty

Kwitły w Alejach kasztany.
Przekwitły.
Byłem kiedyś zakochany.
Kwiaty kasztanu znikły.
Było dużo tego wszystkiego
ślicznego
i nie ma.
Dlaczego?

Ale na piersiach mi został bukiecik fiołków.
Świeży.
Już drugi rok.
Nikt nie uwierzy

Władysław Broniewski
Widmo jesieni

Tak żywe niegdyś błękity
Cieniami zaszły szaremi,
Jakiś duch mgłami spowity
Zimną dłoń kładzie na ziemi.

Przez mgieł przejrzyste zasłony
Przegląda postać widziadła,
Wzrok jakby mgłami zaćmiony,
Twarz chłodna, smutna, wybladła.

Na czole wieniec sczerniały
Kropelki sączy wilgotne...
Po kwiatach, co się rozwiały,
Zostały ciernie samotne.

Tak płynie z schyloną twarzą,
Roznosząc ciszę złowrogą,
A łzawe spojrzenia rażą
Sennością, smutkiem i trwogą.

Przyciska do ziemi łona
Dłoń skrzepłą - ziemia się wzdryga,
Lecz tchem grobowym rażona,
Martwieje - głuchnie - zastyga.

Adam Asnyk
Już tylko się znamy

To może przypadek
Że znów się widzimy
Patrzymy na siebie
W spokojnej udręce
Wspomnienia spłowiały
Przez lata i zimy
Dziś tylko się znamy
Nic więcej...

Uśmiechasz się dziwnie
Inaczej niż wtedy
Gdy było do siebie
Nam bliżej niż blisko
To było niedawno
A mówi się kiedyś
Dziś tylko się znamy
To wszystko...

Dzielimy złą ciszę
Obcymi słowami
Ty serce masz chłodne
I chłodne masz ręce
Za chwilę pójdziemy
Innymi drogami
Bo tylko się znamy
Nic więcej...

Jonasz Kofta

środa, 11 grudnia 2013

Jeżeli porcelana to...

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu.

Stanisław Barańczak 

Meksykańska samotność

Jestem nieszczęśliwym nieznajomym
Bazgrzącym na ulicach Meksyku-
Moi przyjaciele mnie opumarli, moje
kochanki zniknęły, moje dziwki zakazane,
moje łóżko kołysane i drgane trzęsieniem ziemi- i nie ma świętej trawy
by odlecieć przy świetle świecy
i śnić- tylko opary autobusów
burze kurzu i panny podglądające mnie
przez dziurkę w drzwiach
sekretnie wywierconą aby podglądać
masturbatorów pieprzących poduszki
Jestem Gargulcem
Naszej pani
Śniącym w przestrzeni
Szaro mglistych snów
Moja twarz skierowana ku Napoleonowi
-Nie mam formy-
Mój zeszyt z adresami jest pełen ŚP
Nie mam wartości w pustce,
W domu bez honoru,-
Moim jedynym przyjacielem stary pedał
Bez maszyny do pisania
Który, jeśli jest mym przyjacielem
Niech będę przeklęty.
Zostało mi trochę majonezu,
Cała niechciana butelka oleju,
Wieśniak myjący moje niebiańskie światło
Świr czyszczący swe gardło
W łazience koło mojej
Sto razy dziennie
Dzieląc wspólny sufit-
Jeśli się upije będę spragnionym
-jeśli pójdę moja stopa się złamie
-jeśli się uśmiechnę moja maska farsą
-jeśli zapłaczę jestem tylko dzieckiem-
-jeśli zapamiętam jestem kłamcą
-jeśli napiszę zapisy dokończone-
-jeśli umrę umieranie skończone-
-jeśli będę żył umieranie się zacznie-
-jeśli zaczekam oczekiwanie dłuższym
-jeśli odejdę odejście odeszło-
jeśli zasnę błogostan ciężkim na mych powiekach-
-jeśli pójdę na tani film
dorwą mnie koszmary-
na drogie filmy mnie nie stać
-Jeśli nie zrobię nic
nic się nie stanie

środa, 4 grudnia 2013

***

 A mnie z tobą pijanym wesoło-
Nie ma sensu w twoich opowieściach.
Wczesna jesień rozwiesiła wkoło
Chorągiewki żółte na gałęziach.

Zabłądziliśmy w ułudne strony
I oboje się gorzko kajamy,
Lecz dlaczego nieodgadniony
Martwy uśmiech na ustach mamy?

Myśmy męki okrutnej pragnęli
Zamiast szczęścia niezmąconego...
Nie odwrócę się od przyjaciela
I rozpasanego i czułego.


piątek, 29 listopada 2013

***



Lubię te rozmowy po świt prowadzone-
Na maleńkim stoliku szklanki wystudzone,
Nad czarną kawą cienkie, wonne smużki pary,
Kominek rozbuchany zimowym ciężkim żarem,
Wesoły ostry ton literackiego żartu
I to pierwsze spojrzenie, bezradne, nieodparte.


Jak po nocnym niebie sunace biale obloki nad lasem
Jak na szyi wedrowca apaszka szamotana wiatrem
Jak wyciagniete tam powyzej gwiazdziste ramiona nasze
A tu sa nasze, a tu sa nasze, a tu sa nasze

Jak suchy szloch w te dzdzysta noc
Jak winny-li-niewinny sumienia wyrzut
Ze sie zyje gdy umarlo tylu tylu tylu
Jak suchy szloch w te dzdzysta noc
Jak lizac rany celnie zadane
Jak lepic serce w proch potrzaskane
Jak suchy szloch w te dzdzysta noc

Pudowy kamien, pudowy kamien
Ja na nim stane, on na mnie stanie
On na mnie stanie, spod niego wstane

Jak suchy szloch w te dzdzysta noc
Jak zlota kula nad wodami
Jak swit pod spuchnietymi powiekami
Jak zorze mile, sliczne polany
Jak slonca piers
Jak garb swoj niesc
Jak do was, siostry mglawicowe
Ten zawodzacy spiew

Jak biec do konca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz
Cudne manowce, cudne manowce, cudne manowce

Edward Stachura

Kometa

Ach, myśli opętane, bezładne, bezdarne!
Ach, słowa niepojęte twardego wyroku!
Przez wicher się przedziera, wśród wichru upadnę,
jak wicher huczy we mnie bezdenny niepokój.

Dlatego w snach się błąkam, bezsenny i chory,
jak świeca gorejąca dogasam powoli
i nie wiem, czemu milczą srebrne gwiazdozbiory
nad moim ogniem, śpiewem i snem, który boli.

Ach, muszę się wypalić do dna i do końca,
jak światła wędrujące po gościńcach mlecznych,
zanim upadnę gwiazdą obłędem płonącą,
kometą snów bolesnych, a światu zbytecznych.



Władysław Broniewski

piątek, 22 listopada 2013

Erotyk


Już się o grzechy noce proszą,
Już z wiosny znów jak z bólu krzyczę,
Nieubłaganą mnie rozkoszą
Zakuj w ramiona ratownicze!
A jeśli zacznę się na nowo
Wyrywać zbuntowanym ciałem,
Powiedz mi wreszcie pierwsze słowo,
Którego nigdy nie słyszałem.
Bo znów pogański samum wieje
W pędach, zawrotach, burzach, blaskach!
Pamiętaj: kiedy znów zdziczeję,
Odrzyj mnie z wichrów i ugłaskaj!

środa, 20 listopada 2013

Nieczystość

Nieczystość

Jedno długie spojrzenie, ach! ileż potrafi
Rzucone w moją stronę prawie nieostrożnie.
Ach! jakąż jest rozkoszą oglądać bezbożnie
To wszystko czego nie ma na twej fotografii.

Wszystkie dnia mego sprawy są tylko marzenia,
Które noc rozprasza, sen z myśli wypłoszy;
Bo cóż da rozkosz wargom, gdy pragną rozkoszy,
Cóż może olśnić oczy, gdy pragną olśnienia?

Noc z tobą - to jest jedno, co jak haszysz działa,
Tylko jedno, w co można wierzyć bezprzytomnie.
I nie wiem czy jest miłość oprócz twego ciała,
I wiem, że mnie nie kochasz, że zapomnisz o mnie.

Jan Lechoń
Stargany męką straszną zapasów nierównych
Nie znając kresu żądzy, kres znając możności,
Jak w lekkim szumie skrzydeł aniołów ciemności -
W piekielnej śpię rozkoszy siedmiu grzechów głównych.

Wyszedłem za wątpienie, cierpienia, rozprawy
I idę tam, gdzie rzeczy się ludzkie nie liczą,
I patrzę w owe grzechy, milczące jak stawy,
I wiem już obojętnie, com wiedział z goryczą.

Znam ciebie, wciąż się rwąca, jak pies furio wściekła,
Co kąsasz na wolności, a wyjesz pod batem -
I dzisiaj pomyślałem, gdym myślał nad światem,
Że przecież są i tacy, co pójdą do piekła.

Jan Lechoń
Co noc, gdy już nas nuda bezbrzeżna ogarnia,
Gdy czczość jałową w myśli, w sercu pustkę mamy,
Wypluwa nas na miasto knajpa lub kawiarnia
I błądzimy bez celu po zamknięciu bramy.

A potem: łomotanie, czasem półgodzinne,
Nim wreszcie stróż zaspany obudzić się raczy.
I myśl: zabłądzić w końcu przed drzwi jakieś inne,
Co prowadzą do "Lepiej" lub choćby "Inaczej".

Jan Lechoń

sobota, 16 listopada 2013

Zazdrość

Jest mi dzisiaj źle bardzo, jest mi bardzo smutno,
Myśli mam zwiędłe, chore, jak kwiaty na grobie,
Za oknami wisi niebo niby szare płótno.
Nie mogę dziś cię kochać i myśleć o tobie.

Między nami jest przepaść, przepaść niezgłębiona,
I choćbyśmy wykochać po brzeg duszę chcieli,
To wszystko, co nas łączy, jest miłość szalona,
A wszystko, co jest prawdą, na wieki nas dzieli.

Wiem teraz: to jest jasne jak słońce na niebie,
I musi skonać serce pod ciężką żałobą,
Bo nigdy cię nie wezmę na wieczność dla siebie.
Ty nigdy mną nie będziesz, a ja nigdy tobą.

Jan Lechoń

Odnaleźć samego siebie

ci młodzi ludzie
dziewczyny i chłopcy
mówią szybko niewyraźnie
mówią że szukają „siebie”
szukają miłości boga
zbierają się w wielkie stada
grupy grona gromady
sto tysięcy dwieście pięćset
milion Czy to nie błąd
czy rzeczywiście
można w tym tłumie
odnaleźć siebie
nadzieję miłość wiarę
czy „najpiękniej” unosi się do nieba
modlitwa miliona spoconych
ciał czy o to chodziło
Nauczycielowi

jeden skowronek
jedna nuta dotrze do Ukrytego
ale milion skowronków
to jest coś monstrualnego
opamiętajcie się młodzi przyjaciele

jesteście przerabiani
na masę
masę ludzką
masowego odbiorcę
jesteście przerabiani
na ciemną masę
na masę towarową

proszę was
nie bójcie się samotności
nie bójcie się ciszy
nie bójcie się „nudy”
pamiętajcie
że milczenie jest wymowne
że nienawiść krzyczy ryczy
ujada i wyje
miłość uśmiecha się milczy
czeka na was

Parodia życia

Żyjemy często, jako te smutne jelenie
urodzone i w puszczy wyrosłe za młodu,
które - stworzone wielkie przebiegać przestrzenie -
zamknięto do zwierzyńca, w trzy morgi ogrodu.

Mogą w biegu korzystać z sił swoich zapasu,
mają drzewa i wodę w potoku do picia,
żyją całkiem jak w puszczy - na trzech morgach lasu - -
zabija je smutek tej parodii życia.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Gdzie jest

"Gdzie jest twój sen? Gdzie jest twój sen?"
spytało wielkie morze;
góry spytały, gdzie jest mój sen,
i szum mnie spytał w borze.

Słońce mnie pyta: "Gdzie jest twój sen,
sen, co był sercem w tobie?"
Gdzie jest mój sen? Gdzie jest mój.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

sobota, 9 listopada 2013

Gdybym mógł sobie wybrać...

Gdybym mógł sobie wybrać śmierć podług mej woli,
chciałbym z wolna utracać świadomość istnienia,
przestawać czuć, co rozkosz przynosi lub boli,
i pogrążać się w cichą otchłań zapomnienia.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Dziś

Dawniej się trzeba był zużyć, przeżyć
by przestać kochać, podziwiać i wierzyć;
dziś - pierwsze nasze myśli są zwątpieniem,
nudą, szyderstwem, wstrętem i przeczeniem.

Dzieci krytyki, wiedzy i rozwagi,
cudzych doświadczeń mając pełną głowę,
choćby nam dano skrzydła Ikarowe,
nie mielibyśmy do lotu odwagi.
My nie tracimy nic, bośmy od razu
nic nie przynieśli - i tylko nam bywa
tak źle, że na złe takie brak wyrazu,
a serce pęka w nas i we krwi pływa.

czwartek, 7 listopada 2013

W jesieni

O cicha, mglista, o smutna jesieni!
Już w duszę czar twój dziwny, senny spływa,
przychodzą chmary zapomnianych cieni,
tęsknota wiedzie je smutna i tkliwa,
ileż miłości, och, ileż kochania
umarła przeszłość z naszych serc pochłania,
z naszych serc biednych, z naszych serc bezdeni...

Zamykam oczy... Blade ciche cienie
suną się w liści posępnym szeleście -
jak obłok światło: niesie je wspomnienie...
O dni umarłe! o dni! gdzież jesteście?...
co pozostało po was?... Ach! daleko,
daleko kędyś toczycie się rzeką
szarą i mętną w głąb puszcz i w milczenie...


poniedziałek, 28 października 2013

Przebudzenie



Jest świt,
Ale nie jest jasno.
Jestem na pół zbudzony,
A dokoła nieład.
Coś trzeba związać,
Coś trzeba złączyć,
Rozstrzygnąć coś.
Nic nie wiem.
Nie mogę znaleźć butów,
Nie mogę znaleźć siebie.
Boli mnie głowa.


niedziela, 27 października 2013

KONAJ, ME SERCE...

Konaj, me serce - - po co żyć ci dalej?
Żadne z twych pragnień nigdy się nie iści - -
wrzej, aż cię ogień wewnętrzny przepali,
i uschnij, na kształt oderwanych liści.

Milcz i umieraj. Ileżeś to razy
zadrgało próżno; klątwy ileżkrotne
na twe szalone rzucałeś ekstazy,
i znów milczało - - dumne i samotne.

Ale tej nocy posępnej i sennej
nie zdołasz milczeć, szał buntu cię zrywa,
z milczenia twego powstajesz Gehenny,
na ustach twoich drga klątwa straszliwa...

Gdyby ta klątwa zmieniła się w gromy,
skały się skruszą i spłomieni morze,
zadrży sklep niebios wiecznie nieruchomy,
gwiazdy zeń runą w przepaść...

Któż nam powróci...

Któż nam powróci te lata stracone
bez wiosennego w wiośnie życia nieba?...
Wołają na nas, że w złą idziem stronę,
precz o świat troskę rzucając powinna,
a czy pytają się nas, co nam trzeba
i czyśmy mogli obrać drogę inną?


Kto z was policzył te gorzkie godziny
daremnych pragnień, żrących naszą duszę?
Kto zmierzył smutku naszego głębiny
bez dna i brzegu? Kto wie, jakie ducha
niepodległego straszne są katusze,
gdy zerwać swego nie może łańcucha?


Spójrzcie nam w mózgi - - zgryzły je, strawiły
wrodzone ludziom daremne pragnienia.
Wołacie na nas: "Jesteśmy bez siły,
dajcie nam słowa wiary i otuchy" - -
a nam któż daje słowa pocieszenia?
A któż mdlejące nasze wzmacnia duchy?


Któż nam powróci te lata stracone
bez wiosennego w wiośnie życia nieba?...
Chcecie w nas widzieć dźwignię i obronę,
żądacie od nas zbawień i pomocy,
lecz my, z waszego wykarmieni chleba,
jak wy, nie mamy odwagi i mocy.



piątek, 25 października 2013

Zasnąć już

Zasnąć już!.... Noc ta pochmurna, bezgwiezdna,
posępnych widzeń krynicą jest bez dna -
zasnąć już, skłonić na nirwany łono
głowę płonącą, bez miary zmęczoną...

Przepłynął przez nią strumień myśli długi,
a jedna była smutniejszą od drugiej,
a wszystkie były smutne bezlitośnie - -
chcę spać, choć wiem, że ciągu myśli dośnię...

Ha!... Tłum okropny mar ciśnie się białych,
w szatach zwalanych ziemią i zbutwiałych,
tańczą wokoło z szalonym pośpiechem,
szyderczym w twarz mi wybuchając śmiechem

Widok ich trupich czaszek mię przeraża,
dusi mię zgniła, wstrętna woń cmentarza,
a ten śmiech strasznej ironii się wwierca,
jak tępa śruba, w głąb mojego serca.

Tłoczą się ku mnie ohydną gromadą,
trupie swe ręce na czoło mi kładą
i spróchniałymi szczękami klekocą
najokropniejsze z wszystkich pytań: Po co!?...

Ocalony

Mam dwadzieścia cztery lata
Ocalałem
Prowadzony na rzeź

To są nazwy puste i jednoznaczne
Człowiek i zwierzę
Miłość i nienawiść
Wróg i przyjaciel
Ciemność i światło

Człowieka tak się zabija jak zwierzę
Widziałem:
Furgony porąbanych ludzi
Którzy nie zostaną zbawieni.

Pojęcia są tylko wyrazami:
Cnota i występek
Prawda i kłamstwo
Piękno i brzydota
Męstwo i tchórzostwo.

Jednakowo waży cnota i występek
Widziałem:
Człowieka który był jeden
Występny i cnotliwy.

Szukam nauczyciela i mistrza
Niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
Niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
Niech oddzieli światło od ciemności.

Mam dwadzieścia cztery lata
Ocalałem
Prowadzony na rzeź.


Do Nieznajomej

Nie wiem, kto jesteś — — ledwo kilka razy
Widziałem ciebie — — za każdym widzeniem
Pierś ma się dziwnym podnosi wzruszeniem,
Serce szalonym poczyna bić tętnem,
A usta moje palą te wyrazy,
Które bym tylko w omdleniu namiętnem,
Patrząc ci w oczy, wymówił westchnieniem.

Rozkosz i boleść czuję, gdy cię widzę,
I zdaje mi się, że cię kochać muszę,
I zdaje mi się, że cię nienawidzę — —
Przekląłbym ciebie i oddał ci duszę.

Na myśl rozkoszy, jaką twój dać może
Uścisk dziewiczy, oszaleć się boję — —
Szukając ciebie, spotkania się trwożę — —
Trucizną są mi cudne oczy twoje,
Oczy błękitne i senne, jak morze.

Na samą myśl tę, gdy cię półomdlałą
Widzę w snach moich z lawy i płomienia,
Gdy dłutem z ognia rzeźbię twoje ciało,
Każdy kształt ciała, co gdy opierścieni,
Zmysły w huragan i krew w burzę zmieni;
Na samą myśl tę bliskim jest omdlenia.

Tonąc w srebrzystym ócz twoich błękicie,
Pod stopy twoje rzuciłbym me życie,
A razem żądzę uczuwam szaloną
Zabić cię jednym oczu moich błyskiem,
Bo wolałbym cię śmierci poślubioną
Widzieć, niż z innym splecioną uściskiem…

*** (Anka)

Anka, to już trzy i pół roku,
długo ogromnie,
a nie ma takiego dnia, takiego kroku,
żebym nie wspomniał o mnie:

o mnie, osieroconym przez ciebie,
i choć twardość sobie wbijam w łeb,
nie widzę cię w żadnym niebie
i nie chcę takich nieb!

Żadna tu filozofia
sprawy tej nie zgładzi:
mojej matce, mojej siostrze było: Zofia,
i jakoś czas na to poradził.

A ja myślę i myślę o tobie
po przebudzeniu, przed snem…
Może ja jestem coś winien tobie? -
bo ja wiem.

Na Powązkach ośnieżona mogiła,
brzozy coś mówią szelestem…
Powiedz, czyś ty naprawdę była,
bo ja jestem…

piątek, 18 października 2013

Bohaterowie są znużeni

Mój przyjaciel - młody i zdolny publicysta - tak często mówi do mnie: Literatura - myślę o prozie  artystycznej - jest w tej chwili zabawą bez przyszłości. Tempo i dramatyzm życia w wieku dwudziestym mordują literaturę. Zanim zdążysz uporządkować w jakikolwiek poprawny kształt artystyczny swoją wizję dnia dzisiejszego, czas popędzi siedmiomilowymi krokami naprzód,. ty zostaniesz w miejscu trzymając swoją kupkę papieru i najwyżej możesz ze smutkiem spoglądać we własne, puste wnętrze. Człowiekowi dzisiejszemu nie odpowiesz literaturą na dzień dzisiejszy: Mann pisał przez ładnych kilka lat "Doktora Faustusa",. Szolochow przez czternaście lat ślęczał nad " Cichym Donem ",. praca Aleksego Tołstoja nad "Drogą przez mękę" trwała dwa dziesiątki lat. Nie, mój drogi! Człowiek wieku dwudziestego chce odpowiedzi dziś już na to, co stało się w dniu wczorajszym. Chce odpowiedzi bezbłędnej, przekonywającej i logicznej,. chce odpowiedzi takiej, jakiej nigdy w stanie nie jest mu dać literatura - zawsze maniakalna w większym czy mniejszym stopniu, zawsze jakoś wykrzywiona, zawsze obarczona ciężarem indywidualnej wizji świata i ludzkich poczynań. Rola literatury sprowadza się obecnie do dokumentaryzmu - ludzie chcą dobrej, jasnej i ciekawej publicystyki. Zresztą, czy naprawdę myślisz, że w drugiej połowie dwudziestego wieku literatura jest w stanie spełniać rolę taką, jaką spełniała w swoim złotym wieku dziewiętnastym? Wtedy, kiedy ludzie tworzyli kolonię Tolstojowców, zapijali się udręczeni wizją Dostojewskiego,. kiedy nieszczęśliwi młodzi ludzie strzelali sobie bez pudła w głowę po prześledzeniu cierpień Wertera ?
Nie jesteś chyba naiwny, aby tak przypuszczać. Wydaje mi się, że obecnie literatura jest bezradna wobec życia i że przez długi czas tak będzie. Dzieją się na świecie takie tragedie, o jakich nie śniło się bohaterom Szekspira i Stendhala. Czy trzeba ci przykładów? W każdej gazecie znajdziesz ich tysiące. Chcesz dramatów? Ja dziś nie wiem, co jest dramatem, a co nie. Chcesz tragedii na miarę antyczną? Wydaje mi się, że jesteśmy świadkami tragedii wyrastających ponad każdą, dotąd przyjętą miarę. Komunista niewinnie więziony we własnym kraju,. rewolucjonista, który wszystkie swe siły poświęcił sprawie wyzwolenia człowieka i od którego odwraca się własny naród, oskarżony o nikczemność i zdradę - czy znany ci jest w historii świata czas, w którym tego typu tragedia stałaby się - tak jak dziś- tragedią dnia codziennego? Czymże wobec ogromu i tragizmu tych spraw jest literatura? Śmieszną zabawą, w którą trudno będzie uwierzyć komukolwiek. Na jakim papierze, na jakich kamieniach, na jakiej taśmie filmowej i na deskach jakiego teatru uda się utrwalić te cierpienia? Są one - jak myślę - poza kręgiem tego wszystkiego, co dotąd nazywało się literaturą... Mniejsza z tym, czy przyjaciel mój - mówiąc o sprawach literatury - ma rację, czy też jej nie ma. Literatura stawała już wobec niejednej zbrodni i niejednego szaleństwa dając sobie jakoś radę; ludzie zawsze będą chcieli czytać o losach innych ludzi i dowiadywać się o ich życiu i cierpieniach nie z suchej publicystyki, lecz z kart książek pięknych i mądrych, bolesnych i świadomych - tak mu wtedy odpowiadałem.
Nie chodzi mi tu jednak o sprawy literatury. Kilka tygodni temu w Warszawie gościł studencki teatr satyryków z Gdańska "Bim-Bom". Teatr ów wystąpił z programem "Radość poważna". Przez wiele dni ludzie odchodzili z niczym od kas sympatycznych studentów; widownia zapchana była do ostatniego możliwego miejsca, a gazety pełne entuzjastycznych recenzji. "Bim-Bom" nazwano "teatrem wielkiej metafory", "siedmio-milowym krokiem naprzód"; mówiono o nim jako o najbardziej współczesnej - jeśli chodzi o środki wyrazu - scenie w Polsce; zachwycano się jego wdziękiem, filozofią i odwagą. Przypuszczam, że studentom z Gdańska wyrządzono wielką krzywdę i teraz będą przez długi czas musieli stąpać twardym krokiem po ziemi, aby im woda sodowa nie uderzyła do głowy. Tak zresztą zawsze dzieje się w Polsce; wystarczy tylko, aby zaistniało jakieś wartościowe zjawisko, aby natychmiast zniszczyć je i pogrzebać przesadą, niesprawiedliwością i brakiem proporcji. Nie czas tu ani miejsce, aby wyliczyć tych wszystkich mistrzów palety, pióra i sportu, którym wyrządzono niedźwiedzią przysługę wynosząc ich pod niebiosa i następnie ściągając brutalnie na kamienną ziemię. Teatr "Bim-Bom" nie jest teatrem wielkiej mądrości, a przed filozofią jego nie należy klękać jak przed wschodzącym słońcem - boję się, że efektowne baloniki i mydlane bańki puszczane przez uroczą dziewczynkę w istocie przykrywają pustkę. Trudno orzec - i dziwić się należy bezkrytycznym ocenom naszych recenzentów - czy "Bim-Bom" jest teatrem par excellence nowoczesnym, bo teatru nowoczesnego Polska nie widziała od dawien dawna - jest to więc gadanie ślepego o tęczy. "Bim-Bom" - to przede wszystkim zespół młodych świetnych ludzi, którym należy jak najprędzej i jak najkonkretniej pomóc w znalezieniu klucza do rozumienia dzisiejszego życia. Bohaterami ich spektaklu są: smutek, rozgoryczenie, niewiara i przygnębienie. To nie był teatr satyryków. To był teatrzyk przegranych złudzeń, nadziei i pragnień. Nie była to szczedrynowska satyra - ostra, bezwzględna i brutalna, sięgająca do samych korzeni społecznego zła. To był tylko - rozmieniony na efektowne, mydlane bańki - smutek. Smutek, owo uczucie, któremu oddawać się można z niejaką nawet przyjemnością pijąc wódkę w dorożkarskiej knajpie lub patrząc z ciepłego pokoju przez okno na świat smagany jesiennym deszczem; smutek, owo uczucie, którego doznaje mężczyzna na widok przechodzącej, ładnej kobiety; owo uczucie, które jest raz mniej, a raz bardziej dręczące, lecz idąc po którego szlakach trafić można tylko na ciemną rzekę zwątpienia, aby tam do reszty pogrzebać swoje nadzieje i pragnienie walki. Walczyć nim jednak nie można o żadną sprawę. Walczy się pragnieniami, miłością lub nienawiścią - tym wszystkim właśnie, czego nie potrafili czy też nie chcieli pokazać w swoim teatrze studenci z Gdańska. Vive la tristesse!
Zadziwiającą rzeczą jest nasze najmłodsze pokolenie - owi ludzie, którzy dobiegają pierwszej dwudziestki swego życia lub zaledwie ją przekroczyli. Zadziwiającą rzeczą jest znikomy hart tego pokolenia. Wypisano już tysiące kart na temat ich cynizmu, okrucieństwa, demoralizacji, rozwydrzenia i moralnej nędzy. W rzeczy samej sprawa wygląda inaczej. Oni są zmęczeni; dwudziestoletni bohaterowie socjalizmu, którzy wojnę znają z opowiadań, kiepskich filmów i książek, głód - z relacji ludzi, którym nigdy się nie wierzy; dla których takie słowa jak "strajk", "więzienie" są tylko nic nieznaczącymi pojęciami; pokolenie wychuchane i wydmuchane w inkubatorach rewolucji; pokolenia, które w istocie miało wszystko począwszy od stypendiów, a skończywszy na dziwkach i knajpach; pokolenie, w które władowano miliardy złotych; pokolenie o bezgranicznych wprost przywilejach - choć w to nigdy nie uwierzą - jest zmęczone, przeżywa kolosalny katzenjammer. Wystarczyło kilka przykrych, bolesnych prawd, które odsłoniła historia; wystarczyło kilka lat trudów, które są jednak kaszką z mleczkiem w porównaniu z tym, co mieli ludzie radzieccy podczas pierwszych pięciolatek; wystarczyło kilka klęsk, wystarczyło, aby słusznie rozwalono mit Wielkiego Nauczyciela, a pokolenie upadło bez sił na mordę. Pokolenie jest skacowane i zmęczone; pokolenie czuje się oszukane przez rewolucję. Pije, rozrabia na ponuro; młodociani poeci piszą o bezsensie życia; osiemnastoletnie oddają się kilku mężczyznom na raz, gdyż nie wierzą w miłość; malutki, nie dający się nawet w połowie realizować cynizm - naiwna forma obrony przed życiem - na co dzień; smutek od święta i co dalej? - Ja mam czoło pochylone - pisze w liście otwartym do "Nowej Kultury" osiemnastoletni student II roku Politechniki Warszawskiej. - Za moich starszych kolegów, za partię całą, Za tych wszystkich, którzy węszyli, oglądali się, za tych wszystkich, którzy oszukiwali i za tych, którzy dali się oszukać. Za tych, co świadomie, czy też nieświadomie pomagali złu, Mam czoło pochylone za was, drobnomieszczanie na ministerialnych stanowiskach, za was, dobrze odżywieni literaci, za was bezkonfliktowi pisarze, Wstydzę się za was wszystkich, a przede wszystkim za siebie, za swoją głupotę i łatwowierność, Ja nie potrafię już podnieść czoła, a jeśli je kiedyś podniosę", Zresztą to niemożliwe, bo nie mam żadnych podstaw, aby wierzyć czemukolwiek, Idee, gdy nie można wierzyć ludziom, stają się niczym: (",) My 18-i 20-latki, choć wzrastamy w nowych warunkach, nie jesteśmy szczęśliwi, bolesne jest bowiem zrozumieć, że to nowe tak bardzo jest stare, tak bardzo do naszego wymarzonego niepodobne, Bolesne jest tracić wszystko, w co się wierzyło", Vive la tristesse!
No i jacyż oni są, ci dwudziestoletni ludzie, którzy przegrali już wszystko, zrezygnowali ze wszystkiego i biernie oczekują na dalsze ciemne i niepotrzebne życie, Tragiczni czy komiczni? Może jedno i drugie? Oni są słabi; nie tragiczni i nie śmieszni, tylko tragicznie, przeraźliwie słabi, Pokolenie potrzebuje wapna i fosforu; tranu i witamin, Trzeba wzmocnić ich kręgosłupy, mięśnie i głowy, Trzeba im powiedzieć, że nie przeżyli jeszcze niczego, a wszystko, co najszczerzej wycierpieli do tej pory, może okazać się niczym w porównaniu do tego, co danym im będzie jeszcze przeżyć, Trzeba to pokolenie smutnych i rozpieszczonych dzieci, które utraciły wiarę w bociana, przygotować do życia - oni nie są przygotowani, Wystarczyło parę błędów, do których przyznała się partia, aby zmiażdżyć nimi siły pokolenia; wystarczyło kilka lat stania w ogonkach po bilety do kina czy mięso, aby wypruć z nich wszystkie siły; wystarczyło otworzenie w Warszawie kilkunastu specjalnych sklepów, aby ugruntowało się w pokoleniu poczucie krzywdy i niesprawiedliwości - w zmęczonym pokoleniu bez walk i klęsk, trwogi i śmierci na co dzień; w pokoleniu, które w istocie nie ma pojęcia, czym jest szarpanina ideologiczna; w pokoleniu, które dla marksizmu nie wyrzekało się żadnej innej ideologii; w pokoleniu, które nigdy nie dowie się na własnej skórze, co przeżyli ludzie z AK lub z NSZ, Cóż mają mówić ci, którzy przeszli przez piekło getta, których gnojono w Oświęcimiu, którzy przeszli przez lasy partyzantki; cóż mają powiedzieć nieliczni ocaleni z KZM-u; cóż mają w końcu powiedzieć ci, którzy po latach niesłusznego więzienia stanęli znów do pracy odrzucając gorycz? Żyjemy w czasach ogromnych; w czasach, które trudno ogarnąć najtęższym nawet rozumem, Oni pochylają swoje czoła ogarnięte mrokiem smutku i zwątpienia, Sprawa wyzwolenia człowieka przechodzi wielkie katharsis - marzenia wielu tysięcy komunistów; oni - przechodzą katzenjammer, Vive la tristesse!
Czy trzeba przykładów? Czy trzeba cytować te wszystkie gorzkie wiersze, smutne wypowiedzi; czyż trzeba - na tym miejscu - wylewać całą masę zwątpienia i goryczy? A może by im tak pomóc zrozumieć życie i czas? Może by im w końcu wytłumaczyć, gdzie żyją i w czym uczestniczą? Może by ich tak wreszcie nauczyć czegokolwiek choć o rewolucji - w sposób mądry i prawdziwy? Może by im tak dać jakiegoś potężnego klina na katzenjammer? Nie byłoby to bez pożytku, Wierzę w siłę rozpaczy, lecz ich rozpacz jest głupia; można tylko walić łbem o ścianę, jeśli rozpacza się z zamkniętymi oczyma, Trzeba pokoleniu otworzyć oczy, Siłę daje tylko rozum; z tym tutaj nie najlepiej,
Do diabła z tym smutkiem! Nie jestem wróżbitą i nie zajmuję się przewidywaniem przyszłości, Ale jeśli pokolenie nie otrząśnie się ze smutku; jeśli pokolenie nie zacznie się uczyć od początku, od podstaw, solidnie życia, to koniec pokolenia będzie nieporównanie smutniejszy i nieporównanie bardziej groteskowy od końca kolorowych baloników w teatrze "Bim-Bom",
Czyżby wiara pokolenia była tak krucha?


Pierwodruk "Obywatel Warszawy" nr 5/1956
No i jacyż oni są, ci dwudziestoletni ludzie, którzy przegrali już wszystko, zrezygnowali ze wszystkiego i biernie oczekują na dalsze - ciemne i niepotrzebne - życie. Tragiczni czy komiczni? Może jedno i drugie? Oni są słabi; nie tragiczni i nie śmieszni, tylko tragicznie, przeraźliwie słabi.

Marek Hłasko - Bohaterowie są znużeni